Tagi

, , ,

por. galeria Mark Rothko w Warszawie I oraz galeria Mark Rothko w Warszawie II

Mark Rothko Untitled 1953 NGA

Mark Rothko, Bez tytułu / Untitled, 1953, National Gallery of Art, Waszyngton / Washington

Siedemnaście obrazów na wystawie? Mało to czy dużo? Pewnie mało, ale… Tyle było dzieł na kończącej się właśnie w Muzeum Narodowym w Warszawie wystawie Marka Rothki. Rzeczywiście można czuć niedosyt. Z drugiej strony, kiedy po raz pierwszy usłyszałem, że będzie wystawa tego artysty w Polsce to dosłownie nie mogłem uwierzyć. Dobrze wiem jak trudno jest w polskich warunkach przygotować wydarzenie tej miary. Mark Rothko jest niewątpliwie jednym z najbardziej uznanych, ważnych, ale i najbardziej popularnych wśród publiczności artystów XX wieku. Obrazy na wystawę warszawską przyjechały z Waszyngtonu, co dodatkowo podnosi prestiż ekspozycji. Wybór oczywisty, z racji bogactwa tamtejszych zbiorów artysty, jednak każde przybycie dzieł zza Oceanu do Europy jest wydarzeniem. Trzeba też pamiętać o niebotycznych cenach uzyskiwanych na aukcjach przez obrazy z dojrzałego okresu Rothki (por. post Rekordowy Gerhard Richter). Jest on obecnie najdroższym artystą powojennym, a to również wyzwanie dla organizatorów każdej wystawy. Dodatkowo jego obrazy z dojrzałego okresu (czyli te najcenniejsze) mają całkiem spore formaty, co też sprawy nie ułatwia. Dzieł Rothki jest na tyle mało w europejskich zbiorach, że pojawienie się jego prac na jakiejkolwiek wystawie jest wydarzeniem. Strona amerykańska na początku zaproponowała Muzeum Narodowemu w Warszawie jeszcze mniej prac, w efekcie udało się uzyskać siedemnaście.

Wydaje się, że gdyby udało się wynegocjować z Waszyngtonu – powiedzmy – 25 dzieł to by było optymalnie. Być może szkoda, że nie było ciekawych prac na papierze, których artysta stworzył sporo. Ale chyba najbardziej odczuwalnym brakiem, zauważanym przez wielu znających twórczość artysty, była nieobecność „klasycznego” obrazu Rothki. Wybór obrazów abstrakcyjnych był bogaty i interesujący, jednak w przypadku „pierwszej wystawy monograficznej w Europie Centralnej i Wschodniej” przydałaby się kompozycja będąca wizytówką artysty. Początek twórczości przyszłego przedstawiciela „malarstwa płaszczyzn barwnych” reprezentowany był przyzwoicie. Tematyka rodzajowa w wydaniu ekspresjonistycznym, zwyczajne sceny np. „Rodzina” z ok. 1936 roku czy „Szyjąca kobieta” z ok. 1934 roku. Ten ostatni obraz o tyle ciekawy, że pokazany został w Europie zaraz po namalowaniu, na wystawie zbiorowej, kiedy malarze szkoły nowojorskiej dopiero zaczynali swoją artystyczną eskapadę. Następna praca Rothki została pokazana na Starym Kontynencie dopiero w 1955 roku, kiedy to ekspresjonizm abstrakcyjny był głośny i rozpoznawalny. Rothko długo pozostawał w cieniu swoich kolegów (np. Jacksona Pollocka), w Europie szczególnie późno został zrozumiany i doceniony. Były w Warszawie obrazy, które pokazywały, że od początku chciał sięgać poza świat widzialny, pokazać więcej niż obejmuje nasze oko. Brutalny „Akt” z 1933 roku z niepokojącą postacią na drugim planie – jakby ciemnoskóra kobieta, a może jednak cień ujawniający dualność naszej egzystencji. Jeden obraz z serii pokazującej nowojorskie metro („Fantazja w metrze” z ok. 1940 roku) – ukryty świat wielkomiejskiej metropolii. Oraz część najmocniejsza wystawy, czyli proces odchodzenia od realizmu w stronę abstrakcji. Najpierw faza widocznych wpływów surrealizmu, podobna zresztą u wszystkich malarzy ekspresjonizmu abstrakcyjnego. U Rothki ze szczególnym naciskiem na fascynację tragedią antyczną, mitologią, która dla niego wypełniona była „wszechogarniającymi, prymitywnymi instynktami”. W tym czasie w Europie trwała już wojna. Obraz „Bez tytułu” z lat 1940-41 pokazuje zdestruowaną postać, przywodzącą na myśl antycznych bohaterów w skubizowanej formie. A za nią jakby okno, a może drzwi do świata, który artysta dopiero stworzy. Do świata „ludzkich emocji – tragedii, ekstazy, potępienia” – tak charakteryzował swoją twórczość Rothko. Zanim to nastąpi, zanim zacznie malować swoje „klasyczne” kompozycje abstrakcyjne, jeszcze moment zwrotny. Prace nazywane „wieloformami”, gdzie pozostał już tylko poblask świata realnego (np. „Numer 2” z 1947 roku). Ten moment dojścia do abstrakcji jest fascynujący w artystycznym rozwoju Rothki i na warszawskiej wystawie zilustrowany został doskonale dobranymi przykładami. A potem obrazy fazy dojrzałej, z których każdy mógłby stanowić oddzielną wystawę. Prace Rothki wymagają czasu, wymagają naszej uwagi. Tych obrazów nie można zobaczyć szybko, w przelocie. Tak jak muzyka czy poezja wymagają naszego zaangażowania. Aby pogrążyć się w świecie koloru i emocji, który wykreował artysta. Dzieła powieszone nisko, tak jak radził artysta, aby ułatwić z nimi kontakt, wejść w ich rzeczywistość, patrząc z bliska, bez dystansu. Również na te z końcowej fazy twórczości, kiedy wydaje się, że nie ma na co patrzeć (np. obraz „Bez tytułu” z 1964 roku). Artysta rezygnuje z intensywnego koloru, obrazy są monochromatyczne, dominuje ciemny brąz, czerń. Nie jestem zwolennikiem, aby twórczość Rothki widzieć tylko przez pryzmat jego depresji oraz samobójczej śmierci. Dla mnie jest on konsekwentnym artystą, który poszukiwał, ale też świadomie realizował swoje cele. Te ciemne obrazy pochodzące z ostatniej fazy twórczości są na to dowodem.

Niewielka liczba obrazów w Warszawie została uzupełniona przez elementy dodatkowe, a też ciekawe. Przede wszystkim początek wystawy zrealizowany głównie dzięki uprzejmości rodziny artysty. Zdjęcia, wiersz, gazetka z czasów studenckich, wybrane pozycje z księgozbioru, okładki jego płyt (por. widok pierwszej sali wystawy). Nawet tak ograniczony przegląd biblioteki dowodzi jego szerokich horyzontów intelektualnych. Jego gust muzyczny nas zaskakuje – był jednym z najbardziej radykalnych malarzy nowoczesności, a słuchał muzyki klasycznej. Ulubionym kompozytorem był Mozart, a pisarzem Szekspir. Na wystawie można było też zobaczyć oryginalny graficzny „Autoportret” Rembrandta ze zbiorów Muzeum Narodowego w Warszawie. Dlaczego? Rothko był wielkim admiratorem twórczości Holendra, podziwiał go za niezależność artystyczną. Trudno porównywać twórczość obu artystów, ale dla obu fascynujące były ludzkie emocje. W innej formie to wyrażali, (być może) adekwatnej dla swoich czasów. Wystawa kończyła się pracami współczesnego artysty Nocolasa Grospierre’a, wykonanymi na zamówienie muzeum. Włączanie w ekspozycję dzieł współczesnych to obecnie bardzo popularny pomysł, ale zawsze ryzykowny. Tym razem dystans do „mistrza” został zachowany (również przestrzennie), cztery prace w oddzielnej sali bez inwazji uzupełniały wystawę. Zamazane zdjęcia wykonane w miejscu urodzenia artysty (dzisiejsza Łotwa, na początku XX wieku imperium rosyjskie) mogły być interpretowane na wiele sposobów. Nasza rzeczywistość to świat mimetycznej wizualności. Czy jednak otaczające nas wszędzie kolorowe obrazki są obiektywne? Czy są w pełni wyrazić złożoność egzystencji człowieka? Ile z otaczającego świata pokazuje fotografia, a ile sztuka abstrakcyjna?

Równolegle z wystawą w Warszawie można było w Krakowie zobaczyć obrazy Roberto Matty (por. galeria Więcej niż surrealista. Roberto Matta). Artysty ważnego, ale nie tak rozpoznawalnego jak Mark Rothko. Matta to jedna z kluczowych postaci łączących surrealizm z ekspresjonizmem abstrakcyjnym. Zestawienie obu malarzy jest bardzo pouczające – tam gdzie Matta się zatrzymał, Rothko poszedł krok dalej. I to bardzo duży krok. Porównanie obu wystaw też jest interesujące. Cieszy, że nasze czołowe muzea organizują takie wystawy. W Krakowie imponujący zestaw dzieł, w tym prace z ważnych kolekcji europejskich, pokazane w niezwykle efektownej scenografii. Jednak w Krakowie mogliśmy zobaczyć prace Matty tylko z późniejszego okresu twórczości. W Warszawie była okazja prześledzić całą drogę artystyczną Rothki. W Krakowie dosyć skromna publikacja towarzysząca wystawie, w Warszawie porządny katalog z problemowymi esejami (niestety jego nakład bardzo szybko się wyczerpał). Scenografie obu wystaw były minimalistyczne. Warszawska wypadła dużo skromniej. Czy to źle? Obrazy z dojrzałego okresu Rothki nie lubią wchodzić w interakcję z innymi elementami ekspozycji. Prostota im służy. Lubią za to wchodzić w bliskie relacje między sobą, zgodnie z zaleceniami samego malarza. Tego w salach Muzeum Narodowego w Warszawie nie było. Każdy obraz został potraktowany osobno, przed każdym można było usiąść i w niego „wejść”. Bo każdy z nich to oddzielny świat, tylko z pozoru prosty. Od nas zależy jak wiele w nim odkryjemy. To rzeczywistość, w której odbijamy się my sami. Pojawienie się w Polsce nawet jednego abstrakcyjnego obrazu Rothki byłoby już wydarzeniem. Żadna reprodukcja nie odda jego złożoności. Dobrze, że wszystkich dzieł przyjechało siedemnaście.

Mark Rothko exhibition National Museum in Warsaw room 2Mark Rothko. Obrazy z National Gallery of Art w Waszngtonie – 07.06.2013-01.09.2013 – Muzeum Narodowe w Warszawie, Warszawa / Warsaw