Tagi

, ,

por. galeria 700 lat historii koloru IVincent van Gogh Two Crabs 1889 priv coll

Vincent van Gogh, Dwa kraby / Two Crabs, 1889, kolekcja prywatna / private collection

National Gallery w Londynie ma bardzo rozsądną politykę dotyczącą wystaw czasowych. Wielkie wydarzenia przeplatają się z prezentacjami przygotowanymi w oparciu o własną kolekcję. Do pierwszej kategorii należały ostatnio wystawy Paola Veronese’a (por. galeria Wspaniały Veronese II), Federico Barocciego (por. galeria Blask i elegancja renesansu), a jakiś czas temu niemożliwa do pobicia wystawa Leonarda da Vinci (por. galeria (Wyjątkowy) Leonardo w Londynie). Były to przedsięwzięcia wymagające długich przygotowań, ogromnych środków finansowych oraz wypożyczeń z muzeów całego świata. National Gallery ma bogate i różnorodne zbiory własne. Nie ma więc nic złego w tym, aby pokazać je w nowym ujęciu, coś poprzestawiać i ułożyć w innej konfiguracji. Do tego służy druga kategoria wystaw, można powiedzieć ‘oszczędnościowych’. Przewieszamy własne obrazy, dodajemy kilka obiektów z zaprzyjaźnionych instytucji oraz zbiorów prywatnych i gotowe. W założeniu brzmi rozsądnie i atrakcyjnie – gorzej z praktyką. Aktualna wystawa ‘Making Colour’ (por. galeria 700 lat historii koloru I) należy do kategorii ‘oszczędnościowych’ i niestety nie oczarowuje swoimi barwami. Dlaczego? O tym za chwilę.

Najpierw warto przypomnieć poprzednie ekspozycje opierające się o zbiory własne. Wystawa ‘Vermeer and Music: The Art of Love and Leisure’ (por. galeria Vermeer muzycznie w Londynie) miała tytuł trochę na wyrost – obrazów Vermeera było tam raptem pięć. Wykorzystano remont Kenwood House, aby sprowadzić tamtejszego Vermeera, drugiego pożyczono od królowej Elżbiety II (co było sporą atrakcją), a trzy pozostałe zdjęto z własnej ekspozycji. Zasadniczym tematem były motywy muzyczne w malarstwie holenderskim XVII wieku. Pomysł i realizacja były zgrabne, zbiory National Gallery pozwalają na ukazanie szerokiej panoramy zjawiska. Dołożono instrumenty muzyczne z epoki. a dodatkową atrakcją był bogaty program koncertów. Wystawa ‘Strange Beauty: Masters of the German Renaissance’ (por. galeria Niepokojące piękno sztuki niemieckiej I) poświęcona była malarstwu niemieckiemu (a raczej szerzej terytoriów niemieckojęzycznych) i jego recepcji w Wielkiej Brytanii. Sztuka północna przebijała się na Wyspach z dużymi oporami, więc zbiory w Natonal Gallery są raczej skromne. Jednak udało się skompilować ciekawą wystawę, dotykającą też kwiestii zmian smaku w XIX wieku. Kontrowersyjne było umieszczenie na wystawie dwóch niewątpliwych gwiazd kolekcji – „Małżeństwa Arnolfinich” van Eycka i „Ambasadorów” Holbeina. Nie będę komentował merytorycznych powodów, tutaj można dyskutować. Chodzi o bardziej przyziemną sprawę – cenę biletu. Wielka Brytania jest chwalebnym miejscem, gdzie stałe galerie są dostępne dla każdego – za darmo! Nie dotyczy to oczywiście wystaw. Ale kiedy wystawa jest ze zbiorów własnych w 90 %? No właśnie… Nie mam nic przeciwko, aby w takim przypadku pobierać opłatę, jednak zabranie ze stałej ekspozycji takich hitów to chyba jednak przesada. Płatny bilet jest też powodem, dla którego od ‘oszczędnościowych’ wystaw National Gallery należy wymagać trochę więcej.

Powróćmy teraz do wystawy ‘Making Colour’. Obejmuje ona okres dokładnie pokrywający się z zakresem zbiorów National Gallery, czyli nie wchodzi już w wiek XX. W pierwszej sali pojawia się jeden portret fajumski, odnoszący nas do malarstwa starożytnego. Jednak trzonem jest malarstwo nowożytne i XIX wieku. Na początku jest mowa o kolorach podstawowych i o tym jak malarze – jeszcze bez teoretycznej podbudowy – je wykorzystywali. Przy okazji wykorzystywania kolorów dopełniających się jest okazja podziwiać pochodzące ze zbiorów prywatnych „Kraby” van Gogha. Są przybory malarskie Williama Turnera i autoportret przy sztalugach artysty, a właściwie artystki – Élisabeth Vigée Le Brun. Krótki i zwięzły wstęp, a następne sale podporządkowane bardzo prostej koncepcji. Naszym przewodnikiem są pigmenty. Kolejne pomieszczenia to kolejne kolory. Obrazy reprezentują substancje, która pojawią się w składzie farby, którą zostały namalowane. Wiedza dotycząca warsztatu malarskiego nie jest powszechnie znana, a na pewno warta spopularyzowania. Dział badań i konserwacji National Gallery należy do wiodących na świecie. Nie jestem jednak pewny czy udało się ich doświadczenie i dokonania ukazać na wystawie. Bardzo lubię proste – żeby nie powiedzieć szkolne – koncepcje. W tym przypadku wydaje się, że wszystko jest na swoim miejscu. Przy okazji lapis lazuli pojawiają się drobne przedmioty wypożyczone z British Museum. Są odniesienia do wykorzystania barwinków w innych dziedzinach np. ceramice. Towarzyszą nam teoretyczne dzieła dotyczące koloru. Czemu wyciągnięto pejzaż mało znanego Philippe’a Rousseau i powieszono obok pracy Paula Cézanne’a? To dowód na to, jak niewielkie znaczenie ma ranga nazwiska w kontekście materiałów malarskich. Przy okazji takich wystaw zawsze odnajdzie się kilka obrazów, które giną na ekspozycji stałej. Szczególnym blaskiem lśni tutaj Paris Bordone, portrety autorstwa van Dycka i Gainsborough. Moroni umieszczony na poczesnym miejscu to zapowiedź zbliżającej się monograficznej wystawy artysty (por. galeria Mistrz renesansowego portretu I). Wszystko bardzo porządnie ułożone. Brak w tym ekscytacji i dreszczyku emocji, który powinien towarzyszyć każdej dobrej wystawie. Brak dramatyzmu i nawet nie pomaga na końcu sala poświęcona wykorzystaniu srebra i złota. Mamy wrażenie przeglądania skryptu studenta konserwacji, który na domiar złego nie jest prymusem i potrzebuje maksymalnego uproszczenia.

Katalog i inne towarzyszące wystawie publikacje to jej integralna część. Dobry katalog może zrekompensować niedociągnięcia ekspozycji, a złe wydawnictwo pogrążyć świetną wystawę. Jak jest w przypadku wystaw ‘oszczędnościowych’ londyńskiej National Gallery? Do tematu muzyki w malarstwie holenderskim możemy wrócić bez problemu. Książka, choć dosyć cienka, zawiera teksty dotyczące i Vermeera, i muzyki, a co najważniejsze noty katalogowe o dziełach, które były prezentowane. Brawo! Przy okazji wystawy renesansu niemieckiego ukazała się książeczka, której zawartość nijak nie pokrywała się z ekspozycją, a jej treść przypominała bardziej broszurkę reklamową niż wydawnictwo towarzyszące wystawie światowego muzeum. Fatalnie, ale zawsze coś. Wcale nie chodzi o to, że publikacja musi być porządnym katalogiem, tak jak w przypadku ‘Vermeera i muzyki’, są to w końcu wystawy ‘oszczędnościowe’. Jakiś czas temu prezentowany był w Londynie świeżo zakonserwowany obraz Tycjana „Ucieczka do Egiptu” ze zbiorów Ermitażu (por. post Pierwsze arcydzieło Tycjana oraz galeria Wokół pierwszego arcydzieła Tycjana). Towarzyszył temu niewielki pokaz w dwóch salach. Oraz niewielka książeczka. Miała swoją wartość merytoryczną, dotyczyła pojawienia się pejzażu we wczesnym malarstwie weneckim. Każdy laik mógł po nią sięgnąć, jeżeli zależało mu na rozwinięciu wątków pokazu. Co ważne, można w niej było znaleźć reprodukcje wszystkich prezentowanych prac. Wystawie ‘Making Colour’ nie towarzyszy żaden katalog. Brak jest wydawnictwa, które mogłoby zatuszować nijakość ekspozycji. A temat aż prosi się o ciekawą, wnikliwą, ale też przeznaczoną dla mniej zorientowanych widzów publikację. Szkoda zmarnowanej szansy. Wystawie można było pomóc efektowną scenografią, bo przecież jej zawartość nie jest taka zła. W tym przypadku też wyjątkowo zabrakło inwencji. Najciekawszym elementem na wystawie jest obszerny druk do pracy dla rodzin. Tylko, że to brzmi trochę żenująco skoro mówimy o National Gallery w Londynie. Temat koloru w sztuce jest niezmiernie ciekawy i miejmy nadzieję stanie się tematem jeszcze niejednej wystawy. A w Londynie trzeba czekać na jesienną wystawę. To nie będzie wystawa ‘oszczędnościowa’. Niezależnie od pomysłów i ujęcia autorów, sam jej temat zapowiada wiele wystawowych emocji (por. galeria Późny Rembrandt I).

Making Colour – 18.06.2014-07.09.2014 – The National Gallery, Londyn / London

Advertisements