Tagi

, , , ,

por. post Caravaggio w Gdańsku (przy okazji) oraz galeria Memling jedzie na Południe IHans Memling Last Judgment Triptych (central panel) 1467 73 National Museum in Gdansk

Z przykrością muszę odpowiedzieć na postawione w tytule pytanie negatywnie – „Sąd Ostateczny” Hansa Memlinga nie jest dziełem Leonarda da Vinci znanym powszechnie pod tytułem „Mona Lisa”. Udowodnienie tego proste nie będzie, ale spróbujmy. Ostatnio bolałem nad tym, że nie potrafimy się cieszyć z przyjazdu świetnych dzieł Caravaggia i należycie tego wykorzystać (por. post Caravaggio w Gdańsku (przy okazji)). Mają się one pojawić w Polsce dzięki temu, że na wielką wystawę Hansa Memlinga w Rzymie ma pojechać „Sąd Ostateczny” (por. galeria Memling jedzie na Południe I). Okazało się, że trzeba omówić, w związku z bieżącą sytuacją, jeszcze jedną sprawą – wypożyczeń dzieł sztuki. „Mona Lisa” jest najsłynniejszym obrazem świata. Wiemy, że przechowywana jest w Luwrze i zawsze ją tam znajdziemy. Nie jest wypożyczana na żadne wystawy. Czy „Sąd Ostateczny” Memlinga przechowywany obecnie w Muzeum Narodowym w Gdańsku powinien, wzorem swojej młodszej koleżanki, pozostać na miejscu? Czy wolno mu podróżować?

Dyskusja o transportowaniu dzieł sztuki wybucha przy każdej okazji głośnych wypożyczeń, szczególnie w Polsce. Dlaczego? W Polsce mamy mało ważnych dzieł sztuki zachodnioeuropejskiej. Można je policzyć na palcach jednej ręki. To jeden z powodów – ale tylko jeden – dla których tak trudno w Polsce o wystawy światowego formatu. Niewiele mamy na wymianę. Stąd też bierze się pokusa częstego wypożyczania tego co mamy.

Zacznijmy od dzieła Leonarda da Vinci z Muzeum XX. Czartoryskich w Krakowie, czyli „Damy z gronostajem”. Nikt nie ma wątpliwości, że to najsłynniejszy obraz w Polsce. Nie tak dawno wizerunek uroczej kochanki księcia Mediolanu sporo sobie pojeździł i towarzyszyły temu potężne kontrowersje. Pomijam sytuację w Fundacji XX. Czartoryskich, choć odegrała ona niebagatelną rolę w całej sprawie. Muzeum jest w remoncie i tym przede wszystkim tłumaczmy liczne podróże arcydzieła. Warto podkreślić sprawę, która jest zazwyczaj pomijana w dyskusjach o takich wypożyczeniach , a mi wydaje się kluczowa – merytoryczne uzasadnienie udziału obrazu w wystawie. Dama razem ze swoim gronostajem pokazywana była nie tak dawno w Budapeszcie, Madrycie, Berlinie, Londynie, a także w Warszawie. W stolicy Węgier uczestniczyła w monumentalnej wystawie włoskiego malarstwa renesansowego. Czy była tam konieczna? Wydaje się, że nie – trudno mi to ocenić. Nie brakowało tam arcydzieł, ale „Dama z gronostajem” była na tej wystawie główną gwiazdą. Z zazdrością patrzę na wydarzenia w Muzeum Sztuk Pięknych w Budapeszcie – ostatnio widziałem następną wielką prezentację – włoskiego malarstwa barokowego (por. galeria Malarstwo Seicenta). Była to jedna z najlepszych wystaw, jakie kiedykolwiek zwiedziłem. A trochę wystaw widziałem. Dowiedziałem się o niej z reklamy w… londyńskim metrze. To się nazywa promocja! Wystawy, Budapesztu, turystyki i kultury własnego kraju. Wróćmy do peregrynacji obrazu Leonarda. W Madrycie uczestniczył w wystawie typu – ‘pokazujemy co mamy najlepszego’. Jak donosiły media, o udział dzieła poprosił sam król. A królowi się nie odmawia? Tego typu wystawy może mają sens promocyjny, mogą podobać się publiczności, ale merytorycznie niewiele z nich wynika. Za to udział obrazu w wystawach w Berlinie i Londynie był jak najbardziej uzasadniony. W stolicy Niemiec obraz wieńczył całą koncepcję wielkiej wystawy pokazującej początki portretu nowożytnego (por. galeria Twarze Quattrocenta w Berlinie i Nowym Jorku). Choć arcydzieł nie brakowało, to znów był najjaśniejszym punktem ekspozycji. Co to oznacza? Że to o nim pisała prasa, pojawiał się w mediach. Jego przyjazd był sensacją, która przyciągała tłumy na wystawę. Dodajmy – wystawę rewelacyjną. Na londyńskiej wystawie Leonarda arcydzieł nie brakowało, bo prawie każdy obraz włoskiego mistrza możemy za takie uznać (por. galeria (Wyjątkowy) Leonardo w Londynie). Choć głównym wydarzeniem było spotkanie dwóch wersji „Madonny wśród skał”, to jednak nasza mediolańska dwórka nie pozostawała w cieniu. Tłum właśnie przed nią się gromadził. Ozdobiła okładkę katalogu wystawy, która nie miała precedensu. Przyjechały na nią dzieła, które zazwyczaj nie podróżują. Nie było „Mony Lisy”, ale jej brak był merytorycznie uzasadniony – wystawa pokazywała tylko mediolański okres działalności Leonarda. I jeszcze jedna przykra sprawa, o której lepiej by było nie wspominać. Dobrym obyczajem jest, że za wypożyczenia muzea wzajemnie sobie nie płacą. Koszty transportu i ubezpieczenia są tak wielkie, że lepiej ich nie eskalować. Publicznośc na tym zyskuje, bo ogląda coś w zamian. Niestety przy okazji podróży polskiego Leonarda Fundacja Czartoryskich złamała dobry obyczaj i media z zachwytem spekulowały o astronomicznej sumie za jaką obraz odbył wycieczkę do Londynu. O pobycie „Damy z gronostajem” w naszej stolicy lepiej nie wspominać. Żałośnie było patrzeć jak wisi w Zamku Królewskim w Warszawie, w jednej z jego najważniejszych sal, niczym samotna królowa siedząca na tronie. Samotna, bo mało kto chciał przyjść i ją zobaczyć. Obecnie obraz wystawiany jest na Wawelu, do czasu zakończenia remontu Muzeum XX. Czartoryskich.

Nie tak dawno długą podróż odbyła inna fascynująca ikona malarstwa – „Dziewczyna z perłą” Vermeera. Jeżeli ktoś może stanąć w szranki z „Moną Lisą” to tylko ona. Mauritshuis, w którym jest przechowywana, przeszedł właśnie gruntowny remont. A właścicielka perłowego kolczyka była w Japonii, w Stanach Zjednoczonych i we Włoszech. Odbyła trasę wystawową razem z wybranymi dziełami z kolekcji Mauritshuis. W tym przypadku trudno się zastanawiać nad merytorycznymi aspektami takiego przedsięwzięcia. Ważniejsze są kwestie promocyjne. Pokaz obrazu był szeroko komentowany w każdym z krajów, w którym gościł. Było to jedno z najważniejszych wydarzeń kulturalnych. Obraz wrócił do Hagi dokładnie na otwarcie zmodernizowanej siedziby muzeum. O tym też było głośno. Oba obrazy – „Dama z gronostajem” i „Dziewczyna z perłą” – są powszechnie znane. Jednak z ich umiejscowieniem w powszechnej świadomości może być już gorzej. Precyzyjnie zaplanowane tournée kolekcji Mauritshuis było trasą promocyjną. Nie tylko dało możliwość zobaczenia dzieł setkom tysięcy miłośników sztuki w innych krajach. Wybierając się na wakacje z dalekiej Japonii lub Ameryki do Europy będą dobrze pamiętać, gdzie znajdą swoje ulubione arcydzieło. Rozpisałem się o peregrynacjach dwóch piękności nowożytnego malarstwa, ponieważ warto pamiętać o powodach, dla których dzieło ma podróżować. Szczególnie wystawa monograficzna artysty jest kuszącym celem. W końcu to jedyna możliwość porównania obok siebie obrazów, które wyszły z jednej pracowni. Względy – użyjmy brzydkiego słowa – komercyjne też mają swoje znaczenie. Status arcydzieła tworzy nie tylko jego wartość artystyczna, ale również popularność obiektu, a ją podnosi się przez samą podróż, ale też odpowiednie działania promocyjne.

Na koniec rzecz zasadnicza – opinia konserwatora. Muzea są zobowiązane przechowywać i zabezpieczać swoje skarby. Podstawowym warunkiem podróży jest dobry stan dzieła. Przy tej okazji przypomnijmy inną awanturę o wypożyczenie, które na szczęście nie nastąpiło. Bardzo nie lubię określenia ‘awantura’, ale eleganckie ‘dyskusja’ niestety nie pasuje. Mówię o „Bitwie pod Grunwaldem”, która niedawno przeszła gruntowną konserwację (por. post ‘Bitwa pod Grunwaldem’ jak nowa) i spokojnie wisi w Muzeum Narodowym w Warszawie. Zanim to nastąpiło, obraz miał być z okazji okrągłej rocznicy bitwy pokazany w Krakowie, a następnie przewieziony do Berlina na wystawę prezentującą 1000 lat kontaktów polsko-niemieckich. Pamiętajmy, że dzieło ma ponad 42 metry kwadratowe i w transporcie łatwe nie jest. Malowane jest na płótnie, a więc konieczne by było jego zwinięcie, i to kilkakrotne. Ówczesny dyrektor Muzeum Narodowego w Warszawie, ceniony specjalista zajmujący się sztuką nowoczesną i współczesną, prof. Piotr Piotrowski wydał zgodę na te wypożyczenia. Obecność obrazu w Berlinie byłaby wielkim wydarzeniem, dodatkowo uczestniczyłby w spektakularnej wystawie. Pojawił się jednak problem – sprzeciwili się pracownicy muzeum, a konkretnie konserwatorzy, pod których opieką jest obraz. Dyrektor wykazał się szczególną ignorancją, nie biorąc pod uwagę historii dzieła, które przeszło bardzo wiele. Cudem można nazwać uratowanie go w czasie wojny (więcej na ten temat można przeczytać na blogu prowadzonym przez konserwatorów MNW w tekście Dramatyczne losy „Bitwy…” – cz. II). Zapominamy, że z cudem graniczyła praca konserwatorów, którzy przywrócili dziełu jego świetność zaraz po wojnie. Kiedy decydowano o jego podróżach, obraz wydawał się na pierwszy rzut oka w dobrym stanie. Ważne jest jednak to czego nie widać, a nie stan powierzchni malarskiej. Sprawa zakończyła się szczęśliwie, udało się zdobyć fundusze i nastąpił generalny remont obrazu. Przy okazji szczegółowych badań okazało się, że specjaliści mieli rację – oryginalne płótno Jana Matejki nie ma właściwie żadnej rozciągliwości. Gdyby obraz pojechał do Krakowa i Berlina mógłby dosłownie się rozerwać. Przed chwilą napisałem, że „Dama z łasiczką” jest najbardziej znanym obrazem przechowywanym w Polsce. Być może dla zagranicznej publiczności. Dla Polaków najsłynniejsza jest „Bitwa pod Grunwaldem”. To jest nasza „Mona Lisa”, już kiedyś takie porównanie robiłem. Będąc w Paryżu zawsze możemy zobaczyć dzieło Leonarda, w Warszawie zawsze jest płótno Matejki. Nie będzie od tego odstępstw, nie pozwala na to stan zachowania „Bitwy”, a to sprawa najważniejsza.

Wróćmy na koniec do „Sądu Ostatecznego” i jego aktualnej sytuacji. Ostatnio obraz był 12 lat temu za granicą m.in. w amerykańskim Milwaukee. Prestiż miejsca, do którego wysyła się takie dzieła ma swoje znaczenie. Przypomnijmy tytuł wystawy – ‚Leonardo da Vinci and the Splendor of Poland: A History of Collecting and Patronage’. Na tej samej wystawie była „Dama z gronostajem”. Co ma Leonardo do ‘splendoru Polski’ nawet nie będę się zastanawiał. Już pisałem, że takie wystawy mają swoje uzasadnienie, choć raczej nie merytoryczne. Dzięki podróży praca Memlinga zyskała specjalistyczną kasetę, w której jest obecnie wystawiana. Zapewnia jej odpowiednie warunki przechowywania. Znów można by się było zastanowić, czy to co zyskała strona polska było proporcjonalne i czy powody wysłania tak ważnych dzieł były wystarczające. Obecnie tryptyk ma jechać na wystawę monograficzną Hansa Memlinga do najbardziej prestiżowego miejsca we Włoszech – Pałacu Kwirynalskiego. Choć umowa była już prawie podpisana, sprawa została wstrzymana z racji protestów części konserwatorów. Decyzja ma zapaść lada dzień. Przypomnijmy, że wystawa w Rzymie rozpoczyna się 11 października. Dzieła ze swoich zbiorów wypożyczają najsłynniejsze muzea z całego świata. Na miesiąc przed otwarciem nie wiadomo czy pojawi się najważniejszy z obrazów – z Muzeum Narodowego w Gdańsku. Muszę dodać, że oskarżanie dyrekcji o trzymanie sprawy w tajemnicy jest całkowicie bezpodstawne. O tym, że prowadzone są rozmowy wiedziałem od wielu miesięcy. Wcale nie dlatego, że mam znajomych w Gdańsku. Taka informacja znajdowała się od dawna na stronie internetowej Pałacu Kwirynalskiego, w zapowiedziach dotyczących wystawy. Jeżeli ktoś jest specjalistą zajmującym się dziełem Memlinga, to nie wątpię, że o planowanej wystawie słyszał. Wystarczyło wejść na stronę i teraz nie czuć się zaskoczonym na wieść o wypożyczeniu.

Sprawa podróży dzieł sztuki jest zagadnieniem ciekawym, opinie na ten temat są wśród specjalistów diametralnie różne. Od całkowitego zakazu – przecież każde przemieszczenie dzieła może być dla niego niebezpieczne, do bardzo liberalnego podejścia. Dzieła sztuki są po to, aby je oglądać. Wśród zadań muzeum znajdujemy nie tylko opiekę nad zbiorami, ale również obowiązek ich udostępniania. Przy okazji polemik dotyczących niedoszłego wypożyczenia „Bitwy pod Grunwaldem” byłem zdziwiony, że i w tym przypadku pojawiły się głosy przyzwalające. Czasami okazuje się, że nawet dzieła, które ze względów konserwatorskich nie powinny jeździć są wypożyczane. Tak było ostatnio z kartonem Burlington, który pojawił się w Paryżu na wystawie Leonarda (por. galeria Wokół Św. Anny Leonarda). Nie bardzo wierzę, że w najbliższej przyszłości możliwość obcowania z oryginałem zostanie zastąpiona przez wirtualne zwiedzanie. Organizowanie wielkich wystaw ma się na świecie doskonale. Chcemy bezpośrednio poczuć wyjątkowość czasu i miejsca, cieszyć się spotkaniem z prawdziwymi dziełami. Nie można jednak tego robić wbrew samemu dziełu i jego kondycji. Czy „Sąd Ostateczny” Hansa Memlinga pojedzie po raz pierwszy do Italii? Kraju, do którego tylko przez przypadek nie dotarł ponad 500 lat temu.

aktualizacja 17.09.2014
Dzisiaj Pomorski Wojewódzki Konserwator Zabytków podjął decyzję, że dzieło Mamlinga nie pojedzie na wystawę do Rzymu. W mediach można też znaleźć informację, że Muzeum Narodowe w Gdańsku może jeszcze się od tej decyzji odwołać. Stan obrazu jest dobry, ale szczegółowe badania przeprowadzone zostały 12 lat temu, więc lepiej nie ryzykować.
Podsumowując sytuację: konserwator zrobił unik w bezpieczną dla siebie stronę – wcale mu się nie dziwię, bo w tej sytuacji odpowiedzialność spada na niego. W kontekście tego co napisałem powyżej, o tym jak wyglądają podróże dzieł sztuki, cała sprawa woła o pomstę do nieba. Wcale nie uważam, że tryptyk powinien być co i rusz gdzieś ciągany. Wczorajszą deklarację dyrektora Zamku Królewskiego w Warszawie, iż będzie się starał o sprowadzenie dzieła do Warszawy skwituję prostym – po co? W tym przypadku nie mam żadnych wątpliwości, że jest to zbędne i niepotrzebnie naraża dzieło. Ale takie załawienie sprawy ze stroną włoską uważam za skandal. W jaki sposób Polska ma zyskać zaufanie partnerów? A to jest warunkiem, abyśmy mogli się cieszyć wystawami na przyzwoitym, światowym poziomie.

aktualizacja 25.02.2015
W dniach 9-15 lutego 2015 roku specjaliści z Muzeum Narodowego w Gdańsku i Instytutu Katalizy i Fizykochemii Powierzchni Polskiej Akademii Nauk przeprowadzili badania stanu zachowania tryptyku Hansa Memlinga. Wykonano szczegółowe pomiary w 23 wybranych przez konserwatorów częściach obrazu. Specjaliści orzekli, że stan obrazu jest dobry.