Tagi

, , , , , ,

Muzeum Miasta Gdyni Gdynia artdoneNie tak dawno udało mi się zrobić szybki wypad do Gdańska, Gdyni i Sopotu, aby pozwiedzać tamtejsze wystawy. Dawno tam nie byłem, a mam duży sentyment do Trójmiasta. Po długiej nieobecności można spojrzeć świeżym okiem na to jak prezentują się tamtejsze muzea. Chętnie podzielę się wrażeniami, bo liczę, że przy wakacyjnym sezonie, znajdą się tacy, którzy podążą moim śladem. Przy okazji pobytu nad Bałtykiem można przecież zajrzeć na wystawę lub do muzeum. Czy warto? Czy trzeba? O tym za chwilę przy okazji podsumowania. A wnioski z wycieczki będą ekstremalne – od pozytywnych i budujących do smutnych i bardzo przykrych.

Początkowo moim głównym celem była wystawa Jana Vanrieta (por. galeria Jan Vanriet śpiewająco I). To współczesny malarz belgijski, być może u nas jeszcze mało znany. Jest doświadczonym twórcą, bardzo cenionym w swoim kraju. Kiedy Królewskie Muzeum Sztuk Pięknych w Antwerpii zamykało się w związku z długoletnim – nadal trwającym – remontem, to właśnie dzieła Vanrieta zawisły na ostatniej wystawie obok tamtejszych arcydzieł. Na świecie artysta zaczyna dopiero w pełni zyskiwać uznanie. Można w nim widzieć prekursora dla takich artystów jak Luc Tuymans (por. galeria Luc Tuymans przy brzegu) czy Wilhelm Sasnal (por. galeria Sasnal w Whitechapel Gallery oraz w Haus der Kunst), a i malarze młodego pokolenia chętnie oglądają jego obrazy (por. galeria Bartek Kiełbowicz i jego spadochroniarze). Monograficzna wystawa Jana Vanrieta zorganizowana przez Muzeum Narodowe w Gdańsku to duże wydarzenie. Udało się to dzięki współpracy z Roberto Polo Gallery, która to galeria jest przedstawicielem artysty. Nie tak dawno w Brukseli miałem okazję do niej zajrzeć, a nawet poznać właściciela (przy okazji można się pochwalić). Roberto Polo to bardzo ciekawa postać, z barwną przeszłością, a obecnie swoje zainteresowanie skierował na Polskę. Niedawno w Łodzi, a teraz w Gdańsku uczestniczył w organizacji wystaw. Takie międzynarodowe kontakty są bardzo krzepiące, bo ciągle mamy ich za mało.

Szybko okazało się, że nie tylko wystawa Jana Vanrieta będzie atrakcją mojej wycieczki. W Muzeum Miasta Gdyni trwa wystawa Tomka Rygalika (por. galeria Rygalik Show), jednego z najciekawszych polskich projektantów, który cieszy się też sporym prestiżem poza krajem. Jeden z zaprojektowanych przez niego foteli jest już w zbiorach Muzeum Narodowego w Warszawie. Ostatnio artysta uczestniczył w projektowaniu wnętrza Muzeum Historii Żydów Polskich. Wystawa w Gdyni to duża prezentacja jego dorobku, zorganizowana w ramach trwającego festiwalu Gdynia Design Days 2015. Kuratorką wystawy jest Anna Maga, jedna z najlepszych specjalistek zajmujących się designem. Czy trzeba bardziej zachęcać? Miałem też swoje osobiste powody, aby wystawę zobaczyć. Kilka lat temu Studio Rygalik uczestniczyło w bardzo ciekawym projekcie Muzeum na wynos. Bezpośrednio nie brałem w nim udziału, ale sympatia pozostała. Jadąc z Warszawy logicznie było rozpocząć od Gdyni, a skończyć na Gdańsku. Taka kolejność o mało nie zakończyła się tragicznie dla moich wystawowych priorytetów. Szybko okazało się też, że Trójmiasto ma do zaoferowania więcej niż dwie ciekawe wystawy.

Kupienie biletu nad Bałtyk na rozsądną godzinę w sobotę rano było niemożliwe. W związku z tym musiałem jechać bardzo bladym świtem, dzięki czemu w gdyńskim muzeum byłem zaraz po jego otwarciu. Po bardzo przyjemnym spacerze ulicami modernistycznego miasta. Przeszłość Gdyni predestynuje ją do bycia miejscem, gdzie nowoczesny design powinien być ceniony. Muzeum Miasta Gdyni zrobiło na mnie pozytywne wrażenie – nowoczesny budynek, ciekawe przestrzenie ekspozycyjne oraz życzliwa i pomocna obsługa. Do tego bezpłatny wstęp z okazji festiwalu designu. Możliwość robienia zdjęć na ekspozycji dla mnie, jako autora ‘artdone’, jest nie bez znaczenia. Wystawa „Rygalik. Istota rzeczy” – świetna. To co mnie uderzyło, to nawiązania do stylu lat 60. w bardzo współczesnych formach. Podobne wnioski można mieć tylko na dużej, monograficznej prezentacji. Przy okazji wystawy wydana została książka, której koncepcja mocno się rozrosła. Imponująca zawartość przeniosła się na wysoką cenę, ale i tak dla miłośników designu to pozycja obowiązkowa. Miejmy nadzieję, że ukaże się ona również po angielsku, a wystawę będzie można jeszcze gdzieś zobaczyć, np. za granicą. Jest się czym chwalić. To przyjemne, kiedy polscy twórcy zyskują międzynarodowe uznanie. Tak jest też w przypadku Kacpra Kowalskiego, którego wystawę można również oglądać w Muzeum Miasta Gdyni. Jako jedyny z polskich fotografików został w tym roku wyróżniony na Word Press Photo. Nigdy nie widziałem prac Kacpra Kowalskiego w dużym formacie, a robią w takiej postaci wrażenie. Jego twórczość była dla mnie największym odkryciem tego intensywnego dnia. Artysta specjalizuje się w fotografii robionej z dużej wysokości. Jest pilotem, ale z wykształcenia architektem. W moim odczuciu najciekawsze efekty, które uzyskuje, to te zbliżające jego prace do malarstwa. Jeden minus – publikacja towarzysząca projektowi „Efekty uboczne”, pierwszy album artysty, dostępna była w sklepiku muzealnym w wyjątkowo wysokiej cenie, a daleko jej zawartości do katalogu Rygalika. No ale była – to trzeba docenić. Za to cena książki towarzyszącej ekspozycji „Narodziny Miasta. Gdyński modernizm w dwudziestoleciu międzywojennym” bardzo przystępna. A i sama wystawa robi dobre, nowoczesne wrażenie. Jednym słowem bardzo pozytywne odczucia po zwiedzeniu wszystkich trzech wystaw, poparte wystawionymi przed wejściem do muzeum leżakami – trudno o bardziej sympatyczną wizytówkę. Dodam tylko, że wystawę Rygalika zwiedzał ze mną jeden pan, na wystawie o początkach Gdyni pojawiły się dwie dziewczyny w wieku licealnym, a na wystawie Kacpra Kowalskiego zastałem jedną rodzinę oglądającą towarzyszący ekspozycji film, zresztą całkiem ciekawy. Trochę mało publiczności, ale było jeszcze wcześnie.

Następnym przystankiem na trasie mojej eskapady był Sopot. Ze wstydem muszę przyznać, że była to moja pierwsza wizyta w Państwowej Galerii Sztuki. Choć od dawna wiem, że są tam organizowane jedne z najciekawszych u nas wystaw, to do tej pory było mi zawsze nie po drodze. Postanowiłem nadrobić zaległości i wraz z tłumem spacerowiczów dotarłem w okolice sopockiego mola, gdzie mieści się galeria. A w niej trzy wystawy, które wymienię zgodnie z kolejnością pięter. Najpierw prezentacja wielkoformatowych prac Tomasza Gudzowatego, który należy do naszych najsłynniejszych fotografików. Uznanie zdobył zdjęciami przedstawiającymi zwierzęta i to one pokazywane są w Sopocie. W tekście na wystawie zapowiadane jest wydanie albumu z pracami artysty, ale w holu podsłuchałem, że nie będzie. Nie wiem czy to prawda, w każdym razie w chwili zwiedzania nie było.

Druga wystawa „Rysunek XVI – XVIII w. Włochy, Niemcy, Niderlandy ze zbiorów Muzeum Narodowego we Lwowie imienia Andrzeja Szeptyckiego” zasługuje na szczególną uwagę. Nikogo nie trzeba przekonywać, ze we Lwowie znajdują się bardzo dobre zbiory sztuki, i to nie tylko polskiej. Do nich należy kolekcja 600 rysunków zgromadzonych przez biskupa Andrzeja Szeptyckiego na początku XX wieku. Niedawno zostały one poddane konserwacji, a wystawa w Sopocie jest pierwszą ich prezentacją poza Ukrainą w wyborze 170 dzieł. Wartość zbioru nie pozostawia żadnych wątpliwości, można choćby wspomnieć znaczącą grupę dzieł z kręgu rodziny Tiepolów. W większość atrybucje pochodzą jeszcze sprzed II wojny światowej i wymagają zweryfikowania. Czy rzeczywiście mamy do czynienia z oryginalnymi rysunkami van Dycka czy Goi? Na to muszą odpowiedzieć specjaliści. A najbardziej ekscytujące pytanie brzmi – czy w skład kolekcji wchodzi rysunek Michała Anioła? Na moje niewprawne oko wcale nie jest to wykluczone, choć byłaby to wczesna praca artysty. Szczególnie dobre wrażenie robi kilka rysunków do tej pory anonimowych, a wysokiej klasy. Biskupia kolekcja po wnikliwym przejrzeniu może jeszcze przynieść niespodzianki. Na tej wystawie nie można robić zdjęć, ale na szczęście towarzyszy jej katalog. Jego szata graficzna przypomina wydawnictwa z zamierzchłej przeszłości, ale jakość reprodukcji jest bardzo dobra, więc złego słowa nie powiem. Niestety muszę wspomnieć o plakacie do wystawy, bo dawno czegoś tak przykrego nie widziałem. Za to pozostałe dwa plakaty w porządku, więc potraktujmy to jako wypadek przy pracy. Trzeciej wystawy zatytułowanej „Palindrom” nie będę za bardzo komentował, bo mam mieszane uczucia. Koncepcja bez wątpienia ciekawa, jej autorem jest Robert Kuśmirowski, który sam jest artystą. Jednak dla mnie jako muzealnika, ekspozycja bez podpisów jest chyba zbyt radykalna. Tym bardziej, że katalogu jeszcze nie było – ma być. Ale zdjęcia można było robić.

Ogólnie w Państwowej Galerii Sztuki odrobinę można jeszcze odczuć podmuch podejścia z przeszłości np. nie ma szatni. Nie ma, bo nie ma. Co zrobić z ciężkim plecakiem? Nie wiadomo. Ale była przecena wydawnictw z poprzednich wystaw, a to zawsze przyjemne. Wystawy dobrze przygotowane, strona internetowa klarowna, więc podsumowanie wychodzi na duży plus. Muszę tylko dodać, że wystawa Tomasza Gudzowatego została specjalnie dla mnie otwarta, na wystawie rysunków ze Lwowa pojawiła się jedna para. Okazuje się, że najwięcej zwiedzających było na trzeciej wystawie, było nie było, sztuki współczesnej – jakieś cztery osoby. Jak łatwo się domyślić smutne wnioski z mojej wycieczki związane będą z frekwencją w polskich muzeach. Proszę pamiętać, że Państwowa Galeria Sztuki w Sopocie mieści się właściwie na środku głównej promenady turystycznej. Zwiedzałem ją w sobotę, wokół kłębił się tłum wczasowiczów i wycieczkowiczów. Wystawy latem można oglądać codziennie do godziny 20, już bardziej otworzyć się nie da.

Trzeci mój przystanek zaplanowany był w Oliwie, choć czasu zaczynało mi już brakować. Przyciągnęła mnie wystawa zatytułowana „W trosce o czystość i urodę. Akcesoria toaletowe XIX–XX wieku” zorganizowana w Oddziale Etnograficznym Muzeum Narodowego w Gdańsku. Mieści się w dawnym spichrzu opackim i niestety widać, że przydałoby się trochę bardziej go doinwestować. Ekspozycje stałe, delikatnie mówiąc, nie są ostatnim krzykiem muzealnych mód. Podobnie w przypadku wystawy, ale nie przeszkadza mi to ocenić ją bardzo pozytywnie. Za ciekawy pomysł i porządną pracę kuratorek, które potrafiły przedstawić temat szeroko, na przykładzie wielu eksponatów, mimo szczupłości przestrzeni. Pieniędzy starczyło na zgrabną broszurkę i baner o bardzo odpowiedniej dla tematu grafice. Szkoda, że nie dało się wydać katalogu, a może książki o popularnonaukowym profilu, bo taka publikacja aż by się prosiła. Czy musze dodawać, że muzeum zwiedzałem sam? A dookoła piękny ogród oliwski i całkiem sporo osób rozkoszujących się upalnym, sobotnim popołudniem.

Wykorzystałem okazję i po wizycie w spichrzu przeniosłem się do pałacu opackiego, gdzie mieści się Oddział Sztuki Nowoczesnej Muzeum Narodowego w Gdańsku. Z pewną zazdrością patrzyłem na ekspozycję, szczególnie powojennego malarstwa polskiego – takiej wystawy mocno brakuje w stolicy. Do tego aż dwie wystawy. Ku mojemu zdziwieniu nawet wystawa o mało zachęcającym tytule „Od figurek do marionetek. Historia Wileńskiego Teatru Łątek. Wilno 1936 – Gdańsk 1959” okazała się porządnie przygotowana i dla teatrologa to niewątpliwie duże wydarzenie. Ale były też elementy mniej specjalistyczne np. kukiełki, którymi mogły pobawić się dzieci i nawet w czasie mojego zwiedzania taki fakt miał miejsce. Dlaczego piszę o zdziwieniu? Czasami muzea anonsują wystawy, a potem okazuje się, że to skromna ekspozycja w jednej sali. Również druga wystawa w Oddziale Sztuki Nowoczesnej zatytułowana „Design a sztuka” to efekt dużego projektu, w skład którego wchodziła m.in. sesja naukowa. Frapujący problem granic między sztuką i designem pokazany został na różnorodnych przykładach, opatrzonych biografiami biorących udział w wystawie artystów. Jedną z mocniejszych stron była efektowna scenografia, z dużą ilością czerwieni. Niestety do obu wystaw nie było stosownych wydawnictw.

Po dojechaniu z Oliwy do centrum Gdańska został mi tylko jeden cel. W związku z wystawą Jana Vanrieta w mojej opowieści pojawi się wątek, który śmiało można zaliczyć do cudów. Szczególnie w naszej rzeczywistości. W trakcie realizowania napiętego programu wycieczki z tyłu głowy pojawiła mi się wątpliwość – do której czynna jest wystawa? Wątpliwość nie była aż tak duża aby to sprawdzić. Trudno sobie wyobrazić, że oddział Muzeum Narodowego w Gdańsku mieszczący się w samym środku turystycznego centrum może być czynny krócej niż do godziny 18. A jednak. Do Zielonej Bramy, gdzie pokazywana jest retrospektywa Vanrieta wkroczyłem o 16.45. Muzeum zamykane jest o 17. Poza zobaczeniem wystawy bardzo zależało mi na kupieniu katalogu (w Oliwie nie było go w sprzedaży). Katalog pięknie wydany, z esejami problemowymi i do tego – jak się okazało – w bardzo przystępnej cenie. Kasa w sklepiku była już zamknięta. Ekspozycje były już po tak zwanym obchodzie, choć jeszcze nie zaplombowane. Nasza rzeczywistość zazwyczaj uczy nas, że takie przypadki są beznadziejne. Zapraszamy jutro – zamknięte. Tutaj następuje ‘happy end’ mojej opowieści. Wszystko zależy od dobrej woli i odrobiny ludzkiej życzliwości. Szczególnie muzeum powinno być miejscem, gdzie takie ‘cuda’ się zdarzają. Katalog kupiłem, ekspozycje zostały specjalnie dla mnie otworzone (na dwóch poziomach). Mam sporą wprawę w oglądaniu wystaw, rzuciłem okiem na całość, technikę malowania (bo tego na reprodukcji nie widać) i zdążyłem zrobić zdjęcia. Muzeum opuściłem punktualnie o godzinie 17. W tym miejscu bardzo dziękuję Pracownikom Zielonej Bramy.

Nie wiem co najbardziej przyczyniło się do tego, że zostałem wpuszczony. Może największe wrażenie zrobiło pojawienie się zwiedzającego, który z zawziętością chce obejrzeć wystawę malarstwa współczesnego? Bo obawiam się, że ta wystawa też nie pobije rekordu frekwencji. W żadnym z odwiedzonych przeze mnie muzeów nie spotkałem więcej niż 5-7 osób w czasie mojego zwiedzania. Jest to statystyka tragiczna. Rozpieściły mnie rekordy wystaw Gierymskiego czy Boznańskiej w Muzeum Narodowym w Warszawie, gdzie przychodziło blisko 100 tysięcy zwiedzających. Ostatnio najpopularniejsze wystawy na świecie odwiedzane są przez pół miliona (!) zwiedzających. Można powiedzieć, że nasze wystawy nie mają odpowiedniej promocji. Na pewno coś w tym jest. Jednak problem sięga dużo głębiej. Dlaczego odwiedzając średnie muzeum w Anglii czy Francji spotykam więcej zwiedzających niż podczas całego pobytu w Trójmieście? To temat na oddzielne rozważania. Długa droga przed nami, aby się przekonać, że do muzeum warto chodzić. Krzepiące wnioski są takie, że mamy już co zwiedzać. Właściwie wszystkie wystawy były dobrze przygotowane i atrakcyjne. Wystawa poświęcona przyborom toaletowym, przy bardziej nowoczesnej aranżacji, edukacyjnej oprawie i skutecznej promocji, mogłaby być hitem. Najbardziej bolący i symptomatyczny jest brak publiczności na wystawie Tomasza Gudzowatego. To są zdjęcia pokazujące zwierzęta! Urocze foczki i sympatyczne pingwiny! Kto nie uwielbia foczek, nie mówiąc o pingwinach? Tu nie trzeba być koneserem sztuki, aby wystawa się spodobała. Tylko trzeba mieć potrzebę wejścia do muzeum. Zacząć można od zdjęć Tomasza Gudzowatego lub zgłębiania problemu, w jaki sposób nasze babki robiły pranie. A potem w naturalny sposób trafi się na Jana Vanrieta lub Damiana Hirsta. W Centrum Sztuki Współczesnej Łaźnia w Gdańsk właśnie otwarto wystawę tego ostatniego. To jeden z najbardziej kontrowersyjnych i głośnych artystów współczesnych. Czy to powód, aby znów wybrać się do Trójmiasta? Będzie okazja dokładniej obejrzeć obrazy Jana Vanrieta.

Narodziny Miasta. Gdyński modernizm w dwudziestoleciu międzywojennym – 01.03.2015-31.12.2015 – Muzeum Miasta Gdyni, Gdynia

Jan Vanriet. Pieśń Losu – 16.05.2015-13.09.2015 – Muzeum Narodowe w Gdańsku, Oddział Zielona Brama, Gdańsk (por. galeria Jan Vanriet śpiewająco I)

Design a sztuka – 16.05.2015-30.08.2015 – Muzeum Narodowe w Gdańsku, Oddział Sztuki Nowoczesnej (Pałac Opatów), Gdańsk

Kacper Kowalski. Efekty Uboczne / Side Effects – 12.06.2015-06.09.2015 – Muzeum Miasta Gdyni, Gdynia

Od figurek do marionetek. Historia Wileńskiego Teatru Łątek. Wilno 1936 – Gdańsk 1959 – 14.06.2015-13.09.2015 – Muzeum Narodowe w Gdańsku, Oddział Sztuki Nowoczesnej (Pałac Opatów), Gdańsk

Palindrom – 20.06.2015-16.08.2015 – Państwowa Galeria Sztuki, Sopot

Rysunek XVI – XVIII w. Włochy, Niemcy, Niderlandy ze zbiorów Muzeum Narodowego we Lwowie imienia Andrzeja Szeptyckiego – 26.06.2015-27.09.2015 – Państwowa Galeria Sztuki, Sopot

Tomasz Gudzowaty. Closer – 04.07.2015-04.10.2015 – Państwowa Galeria Sztuki, Sopot

Rygalik. Istota rzeczy – 04.07.2015-11.10.2015 (przedłużóna / extended) – Muzeum Miasta Gdyni, Gdynia (por. galeria Rygalik Show oraz Studio Rygalik w Gdyni)

W trosce o czystość i urodę. Akcesoria toaletowe XIX–XX wieku – 08.07.2015-31.01.2016 (przedłużona / extended) – Muzeum Narodowe w Gdańsku, Oddział Etnografii (Spichlerz Opacki), Gdańsk

Damien Hirst – New Religion – 25.07.2015-27.09.2015 – Centrum Sztuki Współczesnej Łaźnia, Gdańsk