Tagi

por. galeria W Muzeum wszystko wolno w Warszawie, galeria Dzieci kuratorami wystawy I, galeria Dzieci kuratorami wystawy II oraz galeria Dzieci kuratorami wystawy III

The Anything Goes Museum Exhibition curated by children National Museum in Warsaw MNW telephone artdone
Spodziewają się pewnie jakichś pluszaków, miśków, tęczy…
Janek, 10 lat, kurator wystawy

‘A nie mówiłem’ – trudno inaczej zacząć ten tekst. Kiedy w Muzeum Narodowym w Warszawie instalowała się wystawa „W Muzeum wszystko wolno” nie tylko przepowiadałem jej sukces, ale też prorokowałem, że niejednego zwiedzającego zadziwi. Czy pamiętacie kiedy ostatnio światowe media informowały o wystawie w Polsce? No właśnie… A o warszawskiej wystawie można przeczytać na stronie BBC, na portalu artdaily.com czy w magazynie internetowym Instytutu Smithsonian. Od Stanów Zjednoczonych po Australię (tam też znalazłem wzmiankę). Może nie była to główna wiadomość dnia, ale jest się z czego cieszyć. Skąd to zainteresowanie? Przecież nie od dzisiaj nowoczesne muzealnictwo stawia na dzieci – ich edukację i zaangażowanie.

W Muzeum wszystko wolno. Wystawa przygotowana przez dzieci Muzeum Narodowe w Warszawie MNW Warsaw artdone

„W Muzeum wszystko wolno” to nie tylko wystawa, ale też poprzedzający ją 6-miesięczny projekt. 69 dzieci w wieku 6-14 lat stało się kuratorami z prawdziwego zdarzenia. Podzieleni na 6 zespołów spotykali się prawie co tydzień, aby przygotować wystawę (por. galeria Dzieci kuratorami wystawy I) Do dyspozycji mieli bogate zbiory, a właściwie magazyny Muzeum Narodowego w Warszawie. Nawet ze skromnych zasobów magazynowych można urządzić ciekawą wystawę, co ostatnio udowodnił Mauritshaus w Hadze (por. galeria Wietrzenie magazynów I). Mamy więc do czynienia z tzw. wystawą ze zbiorów własnych. Medialnie nie brzmi to ciekawie, a poprzeczka oczekiwań widzów postawiona jest wyżej. O niebezpieczeństwach takich przedsięwzięć pisałem kiedyś na przykładzie National Gallery w Londynie (por. post Bezbarwnie w NGL). Inaczej jest jednak w Londynie i Hadze, gdzie wbrew pozorom kolekcje nie są ogromne i w większości są umieszczone na stałej ekspozycji. Inaczej jest w Warszawie, gdzie tylko niewielki procent zbiorów jest na co dzień udostępniony publiczności. Wystawy czasowe są często jedyną okazją, aby zobaczyć obiekty poukrywane w magazynach MNW. Przy okazji – tak – Muzeum Narodowe w Warszawie koniecznie potrzebuje nowych przestrzeni, a jakby mało kto ma tego świadomość… Więc zostają wystawy czasowe. Wracając do młodych kuratorów. Wybierając obiekty i pracując nad koncepcją wystawy dokładnie poznali muzeum. Nie tylko odwiedzali magazyny i spotykali się ze specjalistami i kuratorami różnych działów. Poznali muzeum od dyrektora po pracowników technicznych i personel pilnujący ekspozycję. Dzieci miały za zadanie przygotować wystawę od początku do końca, wybrać obiekty, nagrać audioprzewodnik, opracować druki edukacyjne oraz materiał promocyjny. A także wymyślić scenografię, oczywiście z pomocą profesjonalnych projektantów. Całość koordynował Dział Edukacji, a więc cały zastęp doświadczonych edukatorów i wolontariuszy. To się nazywa przedsięwzięcie! I tutaj ukryta jest odpowiedź na pytanie dlaczego ten muzealnych projekt angażujący dzieci jest wyjątkowy. Chodzi o skalę. Mamy do czynienia z ekspozycją w głównych salach wystaw czasowych, z pełnym programem edukacyjnym, z katalogiem, który ukaże się lada dzień. Czemu nie został wydany na otwarcie? Bo ma dokumentować pewien proces, a ten proces nadal trwa. Powstała ekspozycja, dzieci uczestniczyły w konferencji prasowej i wernisażu, spotykały się z dziennikarzami, nagrywały audycje radiowe i telewizyjne, prowadzą spotkania dla publiczności na wystawie. Wydaje mi się, że jeszcze żadne duże muzeum nie zdecydowało się na tak ambitny, nowatorski, ale też trudny projekt. Wybranych zostało 300 obiektów! Zazwyczaj na wystawie mamy 50, 100 dzieł, a jak jest ich 150 to jest już duża wystawa.

Przepowiadanie sukcesu nie było trudne kilka dni przed otwarciem wystawy. Jednak wcześniej wcale nie było to takie oczywiste. Sam projekt edukacyjny, zaangażowanie dzieci – tutaj pozytywny wynik nie budzi wątpliwości. Co innego efekt, czyli wystawa. Wprost mówiąc – długo nie było wiadomo co z tego wyjdzie. Skoro jest to poważna, pełnowymiarowa wystawa trzeba ją ocenić bez taryfy ulgowej. Stąd bierze się mój entuzjazm – bez taryfy ulgowej wystawa jest świetna. A dużo było czyhających niebezpieczeństw. Łatwo można było popaść w infantylizm, koncepcja mogła okazać się niespójna, pomysły scenograficzne niewykonalne itd. Organizatorom (tym małym i tym dużym) udało się uniknąć wpadnięcia na mieliznę, czasami płynąc bardzo blisko, a czasami obracając zagrożenie na swoją korzyść. Wystawę można czytać na różne sposoby, kilka podpowiadam w tym tekście, jedna sprawa uderza mnie szczególnie. Demaskuje ona bowiem nasz stosunek do dzieci. Mimo wszystkich nowych odkryć w psychologii, coraz to nowych metod wychowawczych, nadal nie traktujemy dziecka jako pełnoprawnego partnera. Słysząc ‘wystawa przygotowana przez dzieci’, dokonujemy automatycznego skrótu ‘wystawa przeznaczona dla dzieci’. „W Muzeum wszystko wolno” jest wystawą dla dorosłych, jest wystawą dla wszystkich, dla dzieci też. Młodzi kuratorzy nie przygotowywali jej dla swoich kolegów. Myśleli o publiczności, która przychodzi do muzeum. I tutaj płynie jeden z najważniejszych wniosków dla nas dorosłych. Wystawy są dla ludzi. Dzieci myślały o tym, aby wystawa była ciekawa, różnorodna, angażująca, zaskakująca, działała na emocje. Dlaczego oglądając wystawy przygotowane przez profesjonalnych kuratorów mam często wrażenie, że publiczność była najmniej brana pod uwagę? W tym przypadku możemy mieć pewność, że kuratorzy myśleli przede wszystkim o nas, odbiorcach.

W Muzeum wszystko wolno Wystawa przygotowana przez dzieci Muzeum Narodowe w Warszawie MNW Warsaw artdone

Przykładów projektów muzealnych przeznaczonych dla dzieci można wymieniać bez liku. W kwietniu w nowojorskim Guggenheimie rozpoczyna się coroczna wystawa wieńcząca program Learning Through Art (LTA). Był on odpowiedzią na eliminowanie ze szkół publicznych zajęć dotyczących sztuki i muzyki w latach 70-tych. Brzmi znajomo? I tutaj wkracza edukacja muzealna. Przez 20 tygodni artyści współpracując z nauczycielami prowadzą zajęcia w szkołach. Kładą nacisk na rozwój krytycznego myślenia, a efektem są powstające dzieła sztuki. Wybrane prace pokazywane są w jednym z najsłynniejszych muzeów świata. Czy uczniowie są tu traktowani jako partnerzy? Do pewnego stopnia na pewno tak. W końcu ich prace zawiną obok obrazów Kandinsky’ego. Jednak głównym celem jest ich rozwój i kształcenie. Inny przykład: szczęśliwie się złożyło, że równolegle z wystawą w Muzeum Narodowym w Warszawie warszawska Zachęta zorganizowała wystawę „Tu czy tam? Współczesna polska ilustracja dla dzieci”. Nie chcę napisać wystawę dla dzieci, bo już wiemy, że to określenie niesie ze sobą – nie wiedzieć czemu – wydźwięk lekceważący. Prezentacja w Zachęcie ma swoją wartość merytoryczną dla dorosłych. Ilustracja książkowa to rzecz poważna, szczególnie jeżeli mówimy o publikacjach, które kształtują następne pokolenie. Sama wystawa zaaranżowana jest jednak z myślą o dzieciach. I nie ma w tym nic złego! Wręcz przeciwnie. To trochę taki plac zabaw, tylko bardziej kreatywny i różnorodny od tego zwyczajnego. Wspominając Guggenheima i Zachętę nie zamierzam niczego wartościować. Nie chodzi o to co jest lepsze. Raczej chodzi mi o dostrzeżenie jak unikalny jest projekt „W Muzeum wszystko wolno”. Szczerze zachęcam do odwiedzenia Zachęty – szczególnie tych ze swoimi pociechami oraz zainteresowanych ilustracją książkową. Wizytę w Muzeum Narodowym w Warszawie polecam wszystkim, którzy zazwyczaj odwiedzają wystawy. ‘Wystawa dla dzieci’ może okazać się ciekawsza niż niejedna ‘dorosła’ ekspozycja.

The Anything Goes Museum Exhibition curated by children National Museum in Warsaw MNW shoes artdone

Nie chcę psuć niespodzianki tym, którzy jeszcze na wystawie nie byli, ale kilka słów o koncepcji wystawy jest konieczne. Każdy z dziecięcych zespołów kuratorskich otrzymał do zaaranżowania jedną salę. Na początek wchodzimy do „Lasu”, bo tak zatytułowana jest pierwsza sala. Zgromadzono tutaj różnorodne przedstawienia zwierząt. Dzieci zainteresowały „związane z nimi wierzenia i opowieści”, jak czytam we wprowadzeniu. Ten ekologiczny temat jest wynikiem rozmów o „wierze, oswajaniu, przyjaźni i naturze”. Taki wybór tematu nas nie dziwi, dzieci lubią zwierzęta i ich wizerunki odnalazły w zbiorach MNW. Następnie wchodzimy do labiryntu, a dokładnie do sali „Tańczącego Minotaura”. Eksponatom z czasów starożytnych towarzyszą przykłady sztuki nowoczesnej. Intencja porównania przeszłości z czasami współczesnymi jest jasna. W pomieszczeniu dominuje trójkanałowe video z historią Minotaura. Profesjonalny film, w którym dzieci wystąpiły i do którego przygotowały kostiumy, bardzo dobrze mieści się w definicji sztuki postmodernistycznej. Trzecia sala, czyli „Pokój strachów”, wzbudza szczególne zainteresowanie, może też wzbudzić najwięcej kontrowersji. Pochodzące z „mroków” przeszłości eksponaty kojarzą się dzieciom z tajemnicą i grozą, dlatego postanowiły przestraszyć zwiedzających. Jak w dobrym horrorze spotykamy zjawy, upiory, szkielety i mgliste pejzaże skąpane w poświacie księżyca. Przerażającą tematykę dzieł uwypukla wyrazista scenografia ze świetną, interaktywną animacją. Wchodząc tutaj z młodszymi dziećmi musimy trzymać je mocno za rękę, bo mogą się rzeczywiście przestraszyć. Ale czy ekranizacja przygód Harry’ego Potter nie jest jednym wielkim filmem grozy? A niby jest to film dla dzieci. Oglądając dzieła pokazywane w „Pokoju strachów” przypomniały mi się wystawy o podobnej tematyce – „Czarny romantyzm” (Frankfurt/Paryż – por. galeria Romantyczna czerń I) oraz „Budząc noc” (Wiedeń – por. galeria Noc w Wiedniu I). Prawdę powiedziawszy nie widzę specjalnej różnicy, ikonograficznie pomysł jest dokładnie ten sam. Być może dorosły kurator pominąłby obrazy Jerzego Dudy-Gracza czy Zdzisława Beksińskiego, artystów cieszących się niesłabnącą fascynacją ze strony publiczność, a niekoniecznie będących w łaskach u krytyków i specjalistów. Dzieci nie mają takich rozterek. „Obraz VIII (Zen)” tego ostatniego stał się jednym z ulubionych eksponatów na wystawie i zyskał nowy tytuł – „Zgnilak”. Nie zdziwię się jeżeli tytuł się utrzyma. Zaraz, zaraz – jeżeli koncepcja trzeciej sali nie ustępuje głośnym światowym wystawom, to może w przypadku pierwszej sali jest podobnie. Co to znaczy „wybór tematu nas nie dziwi, dzieci lubią zwierzęta”? Czy przypadkiem nie jest to znów błędna perspektywa? Proszę bardzo – wystawy „Piękno zwierząt. Od Dürera do Jeffa Koonsa” (Paryż – por. galeria Zwierzęce piękno w Paryżu) czy „Animali” (Zurych – por. galeria Zwierzęta w Zurychu). Jak widać nie tylko dzieci wybierają ikonografię fauny na temat swojej wystawy. Czwarta sala to „Gra w bohatera”. Czyż brak autorytetów nie jest jedną z bolączek współczesnego świata? Dzieci odnalazły ich 32, ale nawet w ich interpretacji nie wszystko jest czarno-białe. Czy odważny torreador zabijający byka na arenie z grafiki Goi zasługuje na miano bohatera? Wielka, interaktywna krzyżówka łączy ze sobą wybrane postacie i dostarcza dużo frajdy najmłodszym zwiedzającym. Piąta sala wystawy znów zdradza nam podejście najmłodszych do zbiorów Muzeum – jesteśmy w „Skarbcu”. Zgromadzone tutaj kosztowne przedmioty, często wykonane ze złota i szlachetnych materiałów są tylko początkiem opowieści. Warto posłuchać co dzieci mają do powiedzenia, bo umieszczone tutaj nagrania video są równie ważne jak same eksponaty. Jakie były kryteria wyboru? Dlaczego uważamy jakiś przedmiot za skarb? A co jest prawdziwym skarbem dla każdego z nas? Na końcu znalazła się część zatytułowana „Zmiany”. Jej mocną stroną jest wybór ubiorów z różnych czasów i kultur. Strój odzwierciedla epokę, w której był noszony, ale jest też wyrazem indywidualnej osobowości i naszych potrzeb. Dzięki ekspozycji nie tylko my możemy „przymierzyć” prezentowane ubiory, ale też przebierają się w nie postaci z obrazów. Nie będę zdradzał wszystkich niespodzianek czekających na zwiedzających, a jest ich wiele. Choćby dzwoniący telefon z bakelitu, który trzeba odebrać, czy fotografie stereoskopowe. Resztę odnajdźcie sami.

W Muzeum wszystko wolno Wystawa przygotowana przez dzieci Muzeum Narodowe w Warszawie video MNW Warsaw artdone

Wybierając 300 eksponatów z magazynów muzealnych dzieci nie kierowały się kryteriami świata dorosłych. Obiekty pochodzą z różnych epok i kręgów kulturowych, od starożytności do współczesności. Obok malarstwa i rzeźby pojawia się rzemiosło artystyczne, grafika, rysunek, fotografia. Dokładnie taką tendencję widać w obecnych „dorosłych” wystawach – łączenia różnych technik i mediów. Brak jest chronologii, co również jest coraz częstszym zjawiskiem w aktualnych ekspozycjach (czasami nadużywanym). Liczą się zaskakujące, dające do myślenia zestawienia, dzieła zaczynają ze sobą rozmawiać, choć pochodzą z różnych miejsc i czasów. Przykładów podobnie zaaranżowanych wystaw jest bardzo wiele. Nie trzeba szukać daleko. Królikarnia – oddział Muzeum Narodowego w Warszawie – zaprosiła ostatnio Zbigniewa Liberę, który przygotował wystawę dokładnie na tej samej zasadzie (por. galeria Wystawa jubileuszowa w Królikarni). Czy wybory dzieci są gorsze od pracy znanego artysty? Nie wydaje mi się. Niebezpieczeństwem czającym się na tak zorganizowaną wystawę był jej brak spójności. Okazało się, że wszystkie części wzajemnie się dopełniają, ich różnorodność nadaje im wspólny sens. Każda z sal jest inna nie tylko tematycznie, ale też koncepcyjnie. Wielkoformatowe video sąsiaduje z efektowaną animacją, interaktywna gra z kameralnymi wywiadami z dziećmi. I znowu są to standardy współczesnych wystaw. Multimedia i inne dodatkowe elementy odgrywają dużą rolę, ale jest to uzasadnione, a najważniejsze, że nie dominują nad całością. Ktoś mógłby mi zarzucić, biorąc pod uwagę moją wieloletnią pracę w MNW, że mój entuzjazm nie jest obiektywny. Potrafię dostrzec minusy, ale przy złożoności całego projektu są one mało ważne. Za nietrafioną uważam decyzję pozostawienia oryginalnej pisowni w podpisach przygotowanych przez dzieci. Skądinąd jest to jeden z najbardziej wciągających fragmentów ekspozycji i można przejść całą wystawę skupiają się tylko na nich. Pojawiają się tam jednak błędy ortograficzne, a to już wygląda mało edukacyjnie. Szkoda też, że nie udało się pokazać oryginalnych talerzy Pabla Picassa i zostały one zastąpione reprodukcjami (całkiem udatnymi zresztą). Dorośli chyba zapomnieli, że w wystawach chodzi o obcowanie z prawdziwymi dziełami sztuki. Dzieci nie pomyliły się wybierając te wyjątkowe obiekty do swojej sali „Tańczącego Minotaura”. Dzięki ich wyborom mamy szansę zobaczyć całkiem sporo eksponatów z Galerii Sztuki Starożytnej, która zbyt długo jest zamknięta. Są prace znanych artystów takich jak Jan Matejko, Jacek Malczewski, Olga Boznańska, Leon Wyczółkowski, Witold Pruszkowski, ale zazwyczaj są to mniej popularne dzieła. Równie ciekawe są prace mniej znanych – czasami zapomnianych – twórców. To znów tendencja współczesnego wystawiennictwa – zamiast oglądać opatrzone arcydzieła, szukamy nowych, równie fascynujących obiektów. Tytuł wystawy w Muzeum Narodowym w Warszawie jest mocno zwodniczy – w muzeum nie wszystko wolno. Eksponatów nie można dotykać, po galeriach nie można biegać. Muzeum jest jednak miejscem, gdzie każdy może poczuć się dobrze i znaleźć coś dla siebie. Nawet jeżeli ma 6 czy 14 lat. W takim wieku może nawet zostać kuratorem wystawy. Skorzystajmy z wystawy, którą przygotowały dzieci. Podoba mi się w niej to, że mimo całej swojej interaktywności uczy patrzeć. W muzeum oglądamy eksponaty, to zawsze jest początkiem każdego doświadczenia. Na wystawie „W Muzeum wszystko wolno” możemy zobaczyć obiekty, których być może dorośli kuratorzy nigdy by nam nie pokazali.

W Muzeum wszystko wolno. Wystawa przygotowana przez dzieci / The “Anything Goes” Museum. Exhibition curated by children – 28.02.2016-08.05.2016 – Muzeum Narodowe w Warszawie, Warszawa / Warsaw