Tagi

Leonardo da Vinci, La Scapiliata, 1503-08, Galleria Nazionale, Parma

Leonardo da Vinci na wystawie

Już od jakiegoś czasu zamierzam napisać o wystawach Leonarda da Vinci zorganizowanych w tym roku z okazji 500-nej rocznicy jego śmierci. Ostatnio przeszkodziły mi inne, bieżące sprawy (por. post Czego nie widać w Muzeum Narodowym w Warszawie). Dzisiaj otwarcie wystawy w Luwrze, więc dobra okazja, aby podzielić się kilkoma uwagami. O wystawie paryskiej za dużo nie będzie, bo na niej nie chcę się skupiać. Jeżeli jednak ktoś dzięki tym informacjom inaczej spojrzy na aktualną ekspozycję w Luwrze to też dobrze. Udało mi się ostatnio zobaczyć całkiem sporo wystawy poświęconych włoskiemu geniuszowi, więc warto podzielić się obserwacjami. Wiele relacji z tych wystaw pojawiało się na ‘artdone’, warto je przy tej okazji przypomnieć. Prawdę mówiąc pierwsze posty na blogu były związane z Leonardem, a i nazwa strony pochodzi z jego cytatu. 
Zanim przejdziemy do tegorocznej celebracji trzeba przypomnieć ekspozycje, które ku czci artysty były wcześniej organizowane, i z jakimi przeciwnościami musieli liczyć się ich kuratorzy. Zacząć musimy od wystawy, która odbyła się na przełomie 2011/2012 roku w National Gallery w Londynie zatytułowanej „Leonardo da Vinci. Malarz na dworze w Mediolanie” (por. galeria (Wyjątkowy) Leonardo w Londynie). Była to wyjątkowa prezentacja przede wszystkim ze względu na to, że pokazywała Leonarda jako malarza. To jedyny taki przypadek w historii i może się okazać, że ten wyczyn już się nie powtórzy. Przyczyną jest niezwykle mała liczba obrazów namalowanych przez Leonarda. Zachowało się ich około dwudziestu. Podanie precyzyjnej liczby nie jest możliwe, ponieważ w kilku przypadkach trwają dyskusje nad atrybucjami, co jest następnym szerokim tematem. Ograniczenie wystawy do okresu mediolańskiego zwalniało organizatorów z prób wypożyczenia „Mony Lisy” czy „Św. Anny Samotrzeć”, ale też tłumaczyło brak wczesnych obrazów. Sami kuratorzy przyznawali, że udało im się na wystawie zebrać więcej obrazów niż się spodziewali. Przede wszystkim swoją premierę miał tam „Salvador Mundi”, który do tej pory rozpala emocje nie tylko miłośników sztuki. Wystawa trafiła na okres, kiedy Fundacja Czartoryskich na prawo i lewo wypożyczała „Damę z łasiczką”, ale jej obecność w Londynie była kluczowa i uzasadniona. Podobnie sensacyjna była możliwość porównania obu wersji „Madonny wśród skał”, dzięki sprowadzeniu obrazu z Luwru. Obecna paryska retrospektywa nie da nam takiej możliwości, ponieważ wersja londyńska została w domu. Będzie można ‘doświadczyć’ tego arcydzieła na specjalnej prezentacji, która zaczyna się 9 listopada tego roku w National Gallery. Zaraz po zakończeniu wystawy w Londynie zaczęła się równie imponująca wystawa w Paryżu (por. galeria Wokół Św. Anny Leonarda). Mimo monumentalnych rozmiarów, była poświęcona tylko jednemu dziełu mistrza, „Św. Annie Samotrzeć”, które wtedy przeszło gruntowną konserwację. Wysoko postawiona poprzeczka ekspozycji w Londynie i Paryżu zachęciła Włochów do równie ambitnego przedsięwzięcia w 2015 roku w Mediolanie, a więc w mieście, z którym Leonardo związany był najdłużej (por. galeria Leonardo da Vinci Expo I).

Z mniejszych, ale ważnych wystaw wcześniej organizowanych warto wymienić pokaz w ambasadzie włoskiej w Paryżu zorganizowany w 2016 roku z okazji okrągłej rocznicy przyjazdu Leonarda do Francji (por. galeria Leonardo w ambasadzie Włoch w Paryżu). Słynna „La Scapigliata” sprowadzona z Parmy była uwieńczeniem tej ekspozycji. W przypadku Leonarda jest tak wiele wątków, które można rozwijać i badać. Tutaj na zachwycającym tle historycznych wnętrz ambasady można było zobaczyć starannie wybrane obrazy związane z jego kręgiem i często łączone z samym warsztatem mistrza. Choć poziom obrazów malowanych przez uczniów Leonarda nie dorównuje jego osiągnięciom, to jednak samo zagadnienie jest fascynujące. Nie brakuje dzieł wybitnych, a w przypadku niektórych trwa dyskusja, na ile w ich powstaniu mógł uczestniczyć genialny Włoch. Wystawa była okazją, aby zobaczyć jedyny pewny obraz, którego autorem jest Salaì, czyli Gian Giacomo Caprotti, uczeń i towarzysz Leonarda, z którym wiemy, że łączyły go szczególnie bliskie więzi.

Zapowiedzią szaleństwa wystawowego roku 2019, była ekspozycja zorganizowana jesienią 2018 roku w położonym na uboczu amerykańskim New Haven (por. galeria Leonardo da Vinci w Yale University Art Gallery). Muzeum jest tam niewielkie, ale mieści się przy słynnym uniwersytecie Yale, a to zobowiązuje. Wystawa „Leonardo. Odkrycia z warsztatu Verrocchia” poświęcona była najwcześniejszej twórczości malarskiej artysty, o której wiemy niewiele, a więc skazani jesteśmy na spekulacje. Z Luwru sprowadzone zostało malutkie „Zwiastowanie”, fragment predelli, co do którego jest w miarę zgoda, iż mogło wyjść spod pędzla młodego Leonarda. Pozostała część ekspozycji poświęcona była bardzo ciekawym hipotezom i porównaniom dzieł współczesnych Leonardowi florenckich artystów. Nie wszystkie ważne prace mogły zostać sprowadzone, wyjątkowo zastępowały je reprodukcje, ale w tym przypadku było to uzasadnione. Szczególną ekscytację mogły wywołać próby przypisania niektórych obrazów twórcy z Vinci. Czy atrybucje te zostaną utrzymane przez innych specjalistów?

Inauguracją roku Leonarda były wystawy tylko lekko zahaczające swoim terminem o jubileuszową datę. Wystawa w Budapeszcie trwała od końca października 2018 do początku stycznia 2019 i była poświęcona niewielkiej figurce jeźdźca na koniu, która tradycyjnie uznawana jest za rzeźbę najbliżej związaną z Leonardem. Zaprezentowano wybór rysunków mistrza, a także monety i inne obiekty tworzące kontekst dla aktualnych teorii dotyczących powstania rzeźby. Wystawie towarzyszył dość niewielki, ale wyczerpujący katalog, również w języku angielskim. Od października 2018 roku do początku stycznia 2019 trwała też wystawa w Haarlemie zatytułowana „Leonardo da Vinci. Język twarzy” (por. galeria Oblicza Leonarda da Vinci I). Udało mi się ją zobaczyć przy okazji naszej wyprawy do Holandii (por. post Holenderskie zakamarki) i muszę przyznać, że była dla mnie sporym zaskoczeniem. Taylers Museum, w którym została zorganizowana jest znane jako jedna z najlepszych kolekcji dawnych rysunków. I oczekiwałem przeglądu rysunków mistrza. Wystawa rzeczywiście w dużej części ich dotyczyła, a i nie zabrakło wybitnych przykładów spod ręki Włocha. Jednak poświęcona była różnym rodzajom postaci i sposobom ujęcia ich ekspresji interesujących artystę oraz rozprzestrzenianiu się tych wzorców aż po XVII wiek. Co zresztą łączy się też ze sztuką holenderską. Byłem pod dużym wrażeniem koncepcji wystawy, która rozwinęła na przykładach najwyższej klasy ważny temat w twórczości Leonarda i jego kręgu. Wystawie towarzyszył anglojęzyczny katalog znacząco rozszerzający kwestie zaprezentowane na wystawie. Co ciekawe, można na niej było zobaczyć słynne rysunki z Budapesztu, a nie na równoległej ekspozycji w stolicy Węgier. Duże uznanie dla kuratorów, dla których względy merytoryczne okazały się ważniejsze niż prestiż własnej wystawy.
Najwięcej imprez w roku Leonarda zorganizowano oczywiście w ojczyźnie artysty. Biorąc pod uwagę trudności związane ze zorganizowaniem jego wystaw oraz fakt, że nie tak dawno miała miejsce wystawa w Mediolanie Włosi postawili na ilość wydarzeń, choć przekładającą się też w jakimś stopniu na jakość. Początek roku to końcówka wystawy zorganizowanej przez Galerię Uffizi we Florencji, której główną gwiazdą był Codex Leicester wypożyczony z prywatnych zbiorów Billa Gatesa. Przecież Leonardo to nie tylko artysta, ale też naukowiec i wynalazca. Jego idee w dużej części zawarte są w notatkach, z których całkiem sporo dotrwało do naszych czasów. Długo można by wymieniać dziedziny, którymi był zainteresowany i jest to gotowy materiał na wystawy, badania i dalsze opracowania. Na wystawie karty z bezcennego kodeksu uzupełnione były kilkoma dodatkowymi z innych zbiorów, a także stronami z manuskryptów i materiałami, z których mógł korzystać Leonardo. To zresztą dość widoczna obecnie tendencja w badaniach nad jego dorobkiem – poszukiwanie inspiracji i źródeł. Choć był genialny, to jednak jego wiedza miała swoje podstawy nie tylko w renesansowej obserwacji, ale też osiągnięciach antyku i średniowiecza. Wystawę florencką znam tylko z bardzo szczegółowego katalogu, również w języku angielskim. Podobnie nie miałem szczęścia do wystawy w Rzymie, gdzie byłem kilka tygodni przed otwarciem i znam ją ze zdjęć (katalog wydany został w języku włoskim). Poświęcona była bardziej szerokim horyzontom artysty, w tym jego wynalazkom, niż sprawom stricte artystycznym. Udało mi się za to w miłym towarzystwie ‘Wypraw ze sztuką’ (por. post Lazurowe Wybrzeże) obejrzeć wystawę, która został zorganizowana w Turynie od kwietnia do lipca tego roku (por. galeria Leonardo da Vinci w Turynie I). W tym mieście przechowywany jest ważny zbiór rysunków artysty, oraz jeden kodeks, wokół których zbudowana została obszerna wystawa z dużą liczbą prestiżowych wypożyczeni i wątków. Towarzyszył jej równie obszerny katalog, ale jedynie w języku włoskim. Wystawa zatytułowana była „Leonardo da Vinci. Projektując przyszłość”, co w języku angielskim przetłumaczone zostało dość niefortunnie „Leonardo da Vinci. Drawing the Future”. Podkreślono znaczenie rysunku, ale utracono szerszy aspekt zawarty na wystawie. Włoski tytuł zawiera potrzebną tutaj dwuznaczność – „Leonardo da Vinci. Disegnare il futuro”.

Paradoksalnie najważniejsza włoska wystawa roku Leonarda nie była jemu poświęcona, głównym bohaterem był jego nauczyciel Andrea del Verrocchio. Odbyła się we florenckim Palazzo Strozzi pod tytułem „Verrocchio. Mistrz Leonarda”. Trwała od marca do lipca, a jej drugą odsłonę – już pod innym tytułem – można oglądać obecnie do stycznia 2020 roku w Waszyngtonie. Obie ekspozycje dosyć znacząco się różniły od siebie m.in. ze względu na wyeksponowanie we Florencji związków Leonarda z jego mistrzem, na co nie ma aż takiego nacisku w Stanach Zjednoczonych. Choć zagadnienie jest bardzo ciekawe i nadal stanowi obszar sporów wśród specjalistów m.in. dotyczących atrybucji niektórych rysunków – czy ich autorem jest Andrea Verrocchio, jeden z najwybitniejszych artystów włoskich czasów Quattrocento, czy młody Leonardo. Nie zabrakło jednak na wystawie w Waszyngtonie jedynego obrazu Leonarda w zbiorach amerykańskich, czyli „Portretu Ginevry de’ Benci”.

Ważnym miastem dla miłośników Leonarda był w tym roku Londyn, gdzie odbyły się dwie bardzo dobre wystawy. Przede wszystkim trzeba zadać pytanie, kto posiada największą liczbę dzieł mistrza? Jeżeli interesują nas tylko obrazy to tutaj palmę pierwszeństwa ma Luwr, posiadając 5 arcydzieł. Jednak, jak na artystę renesansu przystało, to rysunek odgrywał w twórczości Leonarda kluczową rolę. Wyjątkowo obszerny ich zbiór znajduje się w kolekcji należącej do królowej Elżbiety II. Dominują wspaniałe rysunki anatomiczne, którym kilka lat temu poświęcona była osobna wystawa (por. galeria Anatomia Leonarda da Vinci I). Jednak nie brakuje szczególnie ważnych (i pięknych) przykładów dotykających wszystkich dziedzin, którymi zajmował się Leonardo. W te wakacje była okazja zobaczenia 200 najlepszych prac z tych zbiorów (por. galeria Leonardo da Vinci. Królewskie rysunki I) na wystawie „Leonardo da Vinci. Życie w rysunku”. Wcześniej – od lutego do maja – obiekty prezentowanie były na mniejszych wystawach (po 12 rysunków) na terenie całego Zjednoczonego Królestwa. Tej inicjatywie, dającej możliwość tak szerokiego obcowania z oryginalnymi pracami mistrza, należy się uznanie, tym bardziej że nie zdarzyło się to po raz pierwszy (por. galeria Leonardo UK Tour). Chociaż na wystawie w Queen’s Gallery zaprezentowano rysunki pochodzące tylko ze zbiorów własnych, bez jakichkolwiek wypożyczeni czy materiału porównawczego, to i tak była to najpełniejsza prezentacja dorobku Leonarda. Brak malarstwa rekompensowały szkice do poszczególnych obrazów. Trzeba pamiętać, że mówimy o wystawie składającej się praktycznie wyłącznie z autorskich dzieł. Również jeżeli mówimy o liczebności obiektów na ekspozycji to trudno sobie wyobrazić większą wystawę Leonarda pod tym względem. Ten przykład pokazuje, że określenie ‘największa wystawa’ w przypadku tego twórcy nie ma po prostu sensu i jest tylko chwytem marketingowym. Poziom wystaw Leonarda zupełnie inaczej się ocenia. Druga wystawa zorganizowana właściwie w tym samym czasie w Londynie była prawie tak samo ekscytująca. Można ją było oglądać w British Library pod tytułem „Leonardo da Vinci. Umysł w ruchu” (por. galeria Leonardo da Vinci zawsze w ruchu I). Spotkały się na niej, a to bardzo rzadkie, trzy kodeksy artysty – Codex Arundel ze zbiorów własnych biblioteki, Codex Forster z Muzeum Wiktorii i Alberta oraz Codex Leicester ze zbiorów Billa Gatesa. Obu londyńskim wystawom towarzyszyły stosowne publikacje. Warto zwrócić uwagę na przystępność katalogu do wystawy w Queen’s Gallery, napisanego przez opiekuna tych zbiorów Martina Claytona.

Leonardo da Vinci zmarł 500 lat temu we Francji, gdzie nie tylko szykowano wielką wystawę w Paryżu. Zorganizowano kilka ekspozycji, raczej pomniejszych. Nie cała jednak para poszła w jesienną prezentację w Luwrze. Ogromnym zaskoczeniem była dla mnie niedawno zakończona wystawa w Chantilly, a konkretnie w zabudowaniach obok słynnego zamku (por. galeria Leonardo da Vinci w Chantilly). Jednym ze skarbów tej kolekcji jest tzw. „Naga Mona Lisa”. Karton, który rzeczywiście pozą ukazanej postaci przypomina słynny obraz. Od dawna jest powodem licznych dyskusji w gronie specjalistów, a budzi też emocje poza ich kręgiem. Na pierwszy rzut oka trudno sobie wyobrazić, że wyszedł spod ręki samego Leonarda. Jednak ostatnie badania wskazują, że udział mistrza może być dużo większy niż byśmy się tego spodziewali. Wystawa prezentowała wyniki badań, ale też uwypuklała znaczenie kartonu jako wzorca dla innych artystów, również na terenie Francji. Udało się na niej zgromadzić imponujący zbiór obrazów pochodzących z najlepszych muzeów i kolekcji prywatnych. Wystawie towarzyszył obszerny katalog, tylko w języku francuskim.

Wymienione wystawy nie wyczerpują oczywiście listy różnych wydarzeń celebrujących okrągłą rocznicę. Każdy świętuje w ramach swoich możliwości, najbardziej pożądane jest sprowadzenie przynajmniej jednego obrazu mistrza. Tak postąpiło Metropolitan Museum w Nowym Jorku pokazując od lipca do października „Św. Hieronima” z Muzeów Watykańskich, którego przez dużą część jubileuszowego roku brakowało w rodzimej pinakotece. Dość kuriozalne było sprowadzenie do Włoch z Ermitażu „Madonny Benois”. Czemu kuriozalne? Ponieważ pokazywana była krótko w dwóch małych ośrodkach, na dokładkę leżących blisko siebie. Najpierw przez kilka dni w czerwcu w Fabriano, a potem przez miesiąc w Perugii. Tak cenne i rzadko wypożyczane dzieło nie tylko powinno pojechać do odpowiadającego mu rangą miejsca, ale przede wszystkim powodem takiej podróży powinna być merytorycznie uzasadniona wystawa. Każdy świętuje w ramach swoich możliwości, więc już nie będę opisywał pokazu w Muzeum Narodowym w Warszawie, bo poświęciłem mu oddzielny tekst (por. post Skandal w Muzeum Narodowym w Warszawie). Jednak polska publiczność będzie miała jeszcze niespodziankę w postaci wystawy w pałacu w Wilanowie, gdzie od jakiegoś czasu przygotowywana jest prezentacja leonardianów ze zbiorów polskich. Dzieł samego Leonarda na wystawie może i nie będzie, ekspozycja pewnie nie będzie zbyt duża, ale mamy w Polsce kilka ciekawych dzieł związanych z Leonardem i warto poświęcić im uwagę. Z okazji rocznicy mamy też lawinę wydawnictw i nowych opracowań. Wśród popularyzatorskich pozycji warto wymienić wybór kluczowych dzieł dokonany przez Martina Kempa, jednego z najsłynniejszych autorytetów w tej dziedzinie. Tytuł jego książki można by przetłumaczyć „Leonardo da Vinci. 100 kamieni milowych twórczości”. Specjalny dodatek poświęcony artyście wydała też jakiś czas temu „Polityka”. Swoja premierę na dniach ma mieć książka poświęcona „Salvadorowi Mundi”. Listę pozycji można wydłużać.
Rozpoczęta właśnie wystawa w Paryżu nie kończy obchodów rocznicy. Choć trudno w jej cieniu przygotować ważną, dużą ekspozycję. Nie jest przypadkiem, że wiele wydarzeń kończyło się na początku października, tak aby kluczowe obiekty można było przetransportować do Luwru. Tak było z londyńską wystawą rysunków z kolekcji Elżbiety II. Chociaż jej druga odsłona otwiera się pod koniec listopada w Edynburgu, to kilka eksponatów musiało wyjechać do Paryża. Bez nich trudno wyobrazić sobie tak ważną prezentację. Jeszcze jedna wystawa otwiera się na początku listopada w mediolańskim Museo Poldi Pezzoli pod tytułem „Leonardo i Madonna Litta”. Przy pomocy 20 obrazów i rysunków przedstawione zostanie zagadnienie najbliższych uczniów i współpracowników Leonarda. Gwiazdą pokazu będzie „Madonna Litta” z Ermitażu, wokół której toczy się dyskusja nad autorstwem samego Leonarda. Wystawa zapewne dostarczy nowego materiału w tej sprawie. Nic jednak nie jest się w stanie równać z ekspozycją w Luwrze. Nawet bez jej oglądania można to w ciemno przewidzieć. Po prostu wystawy tam organizowane są zazwyczaj największe i najciekawsze, trzeba to przyznać. Posiadanie największej liczby niekwestionowanych obrazów malarza też zobowiązuje. Twórcy ekspozycji nie mieli tyle szczęścia do wypożyczeń, co kuratorzy National Gallery w 2011 roku. Od jakiegoś czasu wiadomo było, że kilku kluczowych dzieł malarskich będzie w Luwrze brakować. Media donosiły o upolitycznieniu wypożyczeń z Włoch, a umowa ich dotycząca został podpisana na miesiąc przed otwarciem wystawy, co jest rzeczą niesłychaną. Walka o wypożyczenie „Człowieka witruwiańskiego” z weneckiej Akademii toczyła się dosłownie do ostatnich dni. Tyle emocji wzbudza Leonardo. Cały ten zgiełk niech nie przysłoni nam rzeczy zasadniczej. Niezależnie czy mówimy o największej czy jednej z największych wystaw Leonarda. Ważne jest jak bardzo fascynuje nas jego postać. Każda następna wystawa czy publikacja, nie tylko zbliża nas, na ile to możliwe, do niego samego, ale też daje nam możliwość obcowania ze światem jego idei i dokonań. Do tej pory pamiętam swoją pierwszą wystawę Leonarda, którą oglądałem w 2006 roku w Londynie. Przygotował ją wspomniany wyżej Martin Kemp w Victoria and Albert Museum. Spotkania z geniuszem się nie zapomina. Najbardziej w zapowiedziach wystawy w Luwrze zainteresował mnie fakt, że francuscy kuratorzy chcą przedstawić inne spojrzenie na Leonarda, zweryfikować nasze przyzwyczajenia w odbiorze jego biografii i dorobku. Czy to się udało?

Przemysław Głowacki (artdone)