2020 rok już zapisał się wyjątkowo w historii, a przecież nie dobrnęliśmy nawet do jego połowy. To co się dzieje będzie miało wpływ na wiele aspektów życia społecznego, w tym szczególnie kulturalnego. Również po ugaszeniu epidemii. Powoli rysują się pewne skutki, ale być może ich skali nawet nie podejrzewamy. Refleksji można mieć wiele, ale dobrze trzymać się konkretów. Do napisania tego tekstu skłoniły mnie dwie bezpośrednie przyczyny. Pierwszą był tekst „Śpiąca królewna. Pusto w programie Muzeum Narodowego” Piotra Sarzyńskiego, który ukazał się 7 czerwca na stronie Polityki. Dość krótki, a mocno mnie zaskoczył. Jest w nim kilka tez, które dziwią mnie u tak wytrawnego krytyka. Myślę, że warto pokusić się o polemikę. Liczę, że dla zaglądających na moja stronę będzie to ciekawa forma. Dobrze mieć dwie opinie i wyrobić sobie własne zdanie. Mniej wprowadzonych w temat od razu ostrzegam, że z Muzeum Narodowym w Warszawie czuję się mocno związany, choć od dawna już tam nie pracuję. Kilkanaście lat pracy w tej instytucji dało mi doświadczenie dość rzadkie w naszym kraju. Po prostu wiem od podszewki jak działa duże muzeum. Jest to typ instytucji, który jest bardzo szczególny. Może taką wyjątkową specyfikę mają też np. teatry? Ale nie wiem, w teatrze nie pracowałem.
Artykuł Piotra Sarzyńskiego dotyczy aktualnego programu wystaw warszawskiego Muzeum Narodowego, więc trudno, abym nie zareagował. Wystawy to oczywiście mój konik – proszę spojrzeć na moją stronę! Reasumując tekst z Polityki – nudno jest w MNW, wystaw nie ma.
Zacznijmy od sprawy podstawowej, którą o dziwo ciągle trzeba weryfikować. W powszechnym przekonaniu przygotowanie wystawy wygląda w sposób następujący – dwie osoby chodzą i rozwieszają obrazy. Kurator i ktoś techniczny, bo przecież trzeba wbić gwoździe. Wiem, żartuję. Ale można się zdziwić jak niedaleko od tej wizji jest powszechne wyobrażenie. Dla przykładu – o tym jak szybko i sprawnie można zrobić dużą wystawę był przekonany poprzedni dyrektor prof. Jerzy Miziołek. W negatywnej ocenie jego działalności wyraźnie się z Piotrem Sarzyńskim zgadzamy. Polecam zajrzenie do mojego tekstu Czego nie widać w Muzeum Narodowym w Warszawie, gdzie dość dokładnie sprawę omawiam. Niestety nie da się uniknąć przywoływania jej w aktualnym kontekście. Chciałbym, abyśmy teraz porównali dwie liczby. Po pierwsze średni okres kadencji dyrektora, odnoszę się też do zagranicznych przykładów, trwa cztery lata. Po drugie minimalny okres przygotowania wystawy, czyli dwa lata. Minimalny. W normalnej rzeczywistości. Duże wystawy, porządne wystawy są przygotowywane dłużej. Z tego porównania wynika nam, że dyrektor ledwo zdąży otworzyć wystawy, które sam zaplanował, a już żegna się ze stanowiskiem. To czego każde muzeum potrzebuje to stabilności. Nie tylko zresztą muzeum. Można oczywiście nie przyjmować tego do wiadomości. Tak robił poprzedni dyrektor. Od w biegu przygotowanych pokazów po kuriozum jakim były arcydzieła Leonarda, o czym już więcej pisałem w tekście Skandal w Muzeum Narodowym w Warszawie. Każde muzeum wymaga pewnych standardów, a w przypadku Muzeum Narodowego spodziewamy się zachowania ich najwyższego poziomu. Dlatego trudno oczekiwać, że nowy dyrektor po sześciu miesiącach od objęcia stanowiska będzie otwierał nowe ekspozycje, które sam zaplanował. Niestety poprzedni dyrektor pozostawił po sobie pogorzelisko i efekty tego będziemy odczuwać jeszcze długo. Choć chcielibyśmy jak najszybciej oglądać świetne wystawy. Im dłużej Jerzy Miziołek był na stanowisku, tym bardziej taka możliwość się oddalała. Trudno to nazwać „wystawowym hamulcem” obecnego dyrektora, jak czytamy w Polityce. To po prostu nieubłagana muzealna logika.

Jest sprawa, którą bardzo słusznie Piotr Sarzyński podnosi, to kwestia kompetencji obecnego zarządu Muzeum Narodowego w Warszawie. Cytuję: „w czteroosobowej dyrekcji muzeum nie mamy ani jednego historyka sztuki, są za to dyplomowani: kulturoznawca, polonistka, muzykolożka i historyczka”. Dla jasności – od grudnia zeszłego roku jest nowy dyrektor „zaimportowany z Krakowa doc. Łukasz Gaweł”. Czemu o docencie czytamy w Polityce to nie wiem, wszak już takich nie mamy, więc albo doktor, a lepiej grzecznościowo profesor, bo habilitację na UJ w sumie ma. Łukasz Gaweł jest pełniącym obowiązki dyrektora, co jest tu kwestią znaczącą. I to on jest w tym spisie owym kulturoznawcą. Nie historyk sztuki, ale w miarę blisko. Jest specjalistą w zarządzaniu dziedzictwem kulturowym oraz publicznymi instytucjami kultury, a to już chyba coś z dużym muzeum ma wspólnego. Do tego wcześniej był wicedyrektorem Muzeum Narodowego w Krakowie, a to jakby nie było muzeum sztuki. Dodam też, że na półce mam książkę jego autorstwa „Stanisław Wyspiański. Na chęciach mi nie braknie…”, a tam głownie o sztuce jest. Przy okazji – polecam – wydana w 2017 roku. Choć to ciągle z Łukasza Gawła historyka sztuki nie czyni. Dodam od razu, że nowego dyrektora nie znam, raz widziałem go tańcującego razem z innymi pracownikami muzeum na balu karnawałowym. Tak jak emocjonalnie z instytucją jestem związany, z Łukaszem Gawłem nie. Dla jasności. Idźmy dalej w naszej analizie, którą podsunął redaktor Polityki. Dwa następne stanowiska to Zastępca ds. Zarządzania oraz Zastępca ds. Komunikacji i Programów Publicznych. W tym przypadku nie oczekujemy, aby byli to historycy sztuki, jak długo będą dobrze zarządzać i się komunikować. Jolanta Hercog i Anna Kościelna–Kuflyuk sprowadzone zostały przez nowego dyrektora i to dość normalna procedura, że wybiera on swoich najbliższych współpracowników. Jakiś czas temu była dość szeroka dyskusja, również na gruncie polskim, kto powinien być dyrektorem dużego muzeum sztuki. Historyk sztuki czy dobry menedżer? Muzea potrzebują nowoczesnego podejścia. Jednak w praktyce osoba oderwana od świata sztuki, moim zdaniem, może wyrządzić sporo szkód na stanowisku dyrektora. Czy Łukasz Gaweł ma coś wspólnego ze sztuką i czy ma w tym względzie doświadczenie to już pozostawiam do indywidualnej oceny. W dyskusji, o której wspomniałem wyłaniał się idealny model duetu sprawnego menadżera i drugiej osoby – historyka sztuki – która by służyła mu swoimi kompetencjami. I teraz dochodzimy do ostatniego stanowiska – Zastępcy Dyrektora ds. Naukowych. To właśnie ma być ta podpora merytoryczna. I tutaj napotykamy na niespodziankę, na stanowisku tym jest obecnie dr Katarzyna Wagner, która z wykształcenia jest… historykiem. Niby blisko, a jednak nie to samo. Ma ona jak najbardziej doświadczenie w muzealnictwie. Wcześniej pracowała w Muzeum Warszawy. Jednak muzeum to jest, znowu patrząc na jego profil, muzeum… historycznym. To trochę tak jakby do kopalni w Wieliczce wysłać specjalistę od węgla. To kopalnia i to kopalnia. Ale w piecu nie napalimy. Napotykamy jeszcze jedną niespodziankę, Katarzyna Wagner zdobyła swoje stanowisko za czasów dyrektora… Jerzego Miziołka. Czyli to ona częściowo firmowała wszystkie wpadki poprzedniej dyrekcji. A przynajmniej swojego szefa nie powstrzymała przed co bardziej kuriozalnymi decyzjami. Ma rację Piotr Sarzyński, że z wykształceniem w zarządzie MNW coś nie gra. Z drugiej strony, czy bardziej nie liczą się kompetencje? Czy nie sięgamy po jego teksty w Polityce o sztuce i wystawach, choć z wykształcenia jest socjologiem?
Na podsumowanie tego wątku pozwolę sobie przytoczyć cytat z Polityki z lutego 2019 roku: „(…) silnie utrwalone, acz błędne przekonanie, że dyrektorem muzeum powinien być historyk sztuki. Zapomina się, że największe muzea przypominają dziś duże zakłady pracy o skomplikowanej materii zarządzania, a ich prowadzeniem powinni zajmować się doświadczeni menedżerowie. Desygnujący zadania merytoryczne i programowe w ręce doświadczonych muzealników, a sami skupiający się na inwestycjach, budżecie, zatrudnieniu, infrastrukturze. Taki podział władzy obowiązuje dziś już w wielu instytucjach kultury (teatry, opery) i funkcjonuje zazwyczaj bardzo sprawnie.” Autorem tych słów jest Piotr Sarzyński.

Teraz zajmijmy się przez chwilę programem wystaw warszawskiego muzeum. Rzeczywiście za wiele tu nie znajdziemy. W tej chwili pustka. Z oficjalnych zapowiedzi mamy na sierpień wystawę fotografii związaną z wojną 1920 roku. W Polityce czytamy, iż to „wybór dziwaczny i ewidentnie podszyty politycznym programem rocznicowym”. Nie da się ukryć – jest rocznica. Być może Piotr Sarzyński nie pamięta, że z tej okazji miała być duża wystawa poświęcona wojnie polsko-bolszewickiej i jej zobrazowaniu w sztuce. Zapowiadał to Jerzy Miziołek, a skończyło się tak jak inne jego zapowiedzi. Ostrzegałem, że ten upiór będzie nam tutaj wracał. Mogło być ciekawie, przedsmak tego widzieliśmy w jednej z sal wystawy „Krzycząc: Polska! Niepodległa 1918” (por. galeria Niepodległość w Muzeum Narodowym w Warszawie I). W efekcie zapowiadana jest wystawa, którą trzeba przygotować bardzo szybko, bo rocznica nie poczeka. W jej opisie czytamy „Nasza wystawa jest próbą wyjścia poza eksploatowaną w dyskursie historycznym ilustracyjną funkcję fotografii. (…) Pokazujemy niemal wyłącznie odbitki z epoki, naświetlone i wywołane równie dawno, jak wydarzenia, które przedstawiają. Ich stan zachowania i formaty są świadectwem technologicznego zaawansowania fotografii tamtego czasu.” Przypominam, że Muzeum Narodowe w Warszawie jest muzeum sztuki i dobrze by było, abym takim pozostało, bo swoich zbiorów nie zmieni. Fotografia już od jakiegoś czasu za sztukę jest uważana, więc tutaj tkwi pomysł wyjścia z tej sytuacji. Piotr Sarzyński pisze też o instalacji upamiętniającej Jana Pawła II. W zapowiedziach jej nie ma. Ale jest rocznica, to i pewnie instalacja będzie. Módlmy się tylko, aby była lepsza niż większość pomników ku czci Papieża-Polaka. Piotr Sarzyński martwi się, co zobaczą turyści po otwarciu granic. Ja bym się nie martwił. Polska i tak z Janem Pawłem II się kojarzy, a to, że zobaczą na oryginalnych fotografiach jak biliśmy się z „ruskimi” i broniliśmy Europy przed nawałą bolszewicką to chyba im się przyda.
Teraz przejdźmy do dużych wystaw, z których tylko jedna zapowiadana jest obecnie na stronie internetowej MNW. „Polska. Siła obrazu” miała otworzyć się 16 kwietnia tego roku. Wcześniej pokazywana była w Luwrze. Nie tym paryskim, tylko jego oddziale w Lens (por. galeria Polska w Louvre-Lens). Ale była tam sukcesem, takim realnym, w sensie frekwencji i zainteresowania publiczności oraz pozytywnych recenzji. Nawet jeżeli było to wydarzenie na prowincji to jednak wydarzenie. Zaistnieliśmy ze swoimi najlepszymi obrazami z XIX wieku. Luwr to jednak Luwr. Z polskiej perspektywy to ogromny sukces, bo takich wydarzeń mamy ciągle za mało za granicą. Czy tylko dlatego, że „Francuzi mają o naszym kraju mgliste pojęcie” jak pisze Piotr Sarzyński? Nie wiem czy to wystarcza, aby wystawa odniosła sukces. Początkowo miała być tylko tam prezentowana. Pomysł przeniesienia jej w zmodyfikowanej formie do Polski uważam za świetny. Piotr Sarzyński pisze, że będzie banalna dla polskiego widza. Mi się wydaje, że mamy ciągle za mało porządnych wystaw sztuki polskiej. A szczególnie takich, które mówią o naszej tożsamości narodowej i jej kształtowaniu, które „opowiadają o kulturotwórczej i mitotwórczej roli polskiego malarstwa”. To znowu cytat z zapowiedzi wystawy. Zobaczymy dużo dzieł ze zbiorów MNW, w tym bardzo znane, którymi chcieliśmy się pochwalić we Francji, ale będzie też dużo prac z magazynów i innych kolekcji. Dla jednych banalne, dla innych duchowa uczta spotkania z polską sztuka. Druga wielka wystawa, na którą czekają wszyscy miłośnicy sztuki zniknęła z oficjalnych zapowiedzi. Mam na myśli monograficzną prezentację Anny Bilińskiej-Bohdanowicz. Kto pamięta wystawy Olgi Boznańskiej czy Aleksandra Gierymskiego? Takiej klasy wystawa jest szykowana od 2016 roku. Niestety jej bohaterka, która przedwcześnie zmarła, nie miała szansy rozwinąć swojego talentu. Gdyby dostała taką szansę, to być może byłaby tak samo znana i doceniana jak tamci artyści. Czas aby ją w pełni zauważyć. Wystawa miała otworzyć się w październiku tego roku, ale się nie otworzy. A nawet Jerzy Miziołek ze swoimi kompetencjami walca nie ośmielił się jej zagrozić. Mam jednak dobre wieści, wystawa obecnie planowana jest w terminie od 17 marca do 23 czerwca 2021 roku. Czy wtedy ją zobaczymy? Mam nadzieję, choć nikt nie jest w stanie tego zagwarantować. Dlaczego wystawę trzeba było przełożyć? Nie chodzi tylko o ogrom pracy w nią włożony. Zaplanowane są wypożyczenia z kolekcji prywatnych, z zagranicy, to są setki umów, ustaleń, wszystko musi być zapięte na ostatni guzik. Nie można ryzykować w tak niepewnym czasie.

No właśnie, w moim dotychczasowym tekście jakby czegoś brakowało. Mamy epidemię? Wirusa? Na pewno zapomniał o tym Piotr Sarzyński pisząc swój tekst, uskarżając się, że nie może iść na nową wystawę do Muzeum Narodowego w Warszawie. Trochę to przypomina zachowanie rozkapryszonego dziecka, które nie może obejrzeć wieczorynki i nie jest wstanie zrozumieć, że prąd wyłączyli. Sprawa jest jednak bardziej złożona. Na początku napisałem, że były dwa bezpośrednie powody, dla których postanowiłem napisać ten tekst. Pierwszym był artykuł w Polityce, który tak dobrze posłużył jako osnowa dla mojego wątku. Drugim bezpośrednim powodem była niedawna decyzja dyrektora Muzeum Narodowego w Krakowie o zamknięciu Gmachu Głównego w związku z wykryciem u części pracowników koronawirusa. Kilka dni temu w Korei POWTÓRNIE zamknięto szkoły, parki, teatry, galerie i muzea. Do tej pory kraj ten był postrzegany jako jeden z najlepiej radzących sobie z epidemią. Jak napisałem wcześniej – muzea potrzebują stabilności. A już na pewno programy wystaw. Otwieranie nowych ekspozycji jeszcze z innego powodu w tej sytuacji nie ma sensu. Bo ktoś je musi oglądać, bez strachu o swoje zdrowie. Chociaż zezwolono na otworzenie się muzeów w Polsce, to frekwencja jest minimalna. A przyciąganie publiczności atrakcyjnymi propozycjami jest, delikatnie mówiąc, nieroztropne. W tytule mojego tekstu jest kardynalny błąd – my nie jesteśmy po pandemii. Niezależnie od tego jak bardzo byśmy chcieli wrócić do normalności, wyjść na ulicę i pojechać na wakacje. To nie jest jeszcze moment na ambitne plany i nadganianie utraconego czasu. W całej Europie muzea, albo już się otworzyły, albo się do tego szykują. Jednak jaki będzie efekt tego zbiorowego odmrażania trudno przewidzieć. Muzea różnie radzą sobie z kontynuowaniem programu wystawowego: część wystaw została całkiem odwołana, część przedłużona nawet do jesieni, część trzyma się swojego terminarza. Ja nie chcę, aby nowe wystawy były otwierane, bo nie będę miał szansy ich zobaczyć. Raz, dwa razy w miesiącu jeżdżę, aby je oglądać. Od marca nigdzie nie byłem i nie zamierzam na razie nigdzie się ruszać. To jest czas na oglądanie ekspozycji stałych w muzeum w pobliżu. I to indywidualnie lub bardzo małymi grupkami, licząc, że i te ekspozycje nie zostaną zamknięte w popłochu, tak jak to właśnie miało miejsce w Krakowie. Wiem, że to przykre, ale rozsądek i bezpieczeństwo powinny zwyciężyć.
Wracając raz jeszcze do tekstu Piotra Sarzyńskiego. Znajdziemy tam możliwe powody, dla których MNW jest śpiącą królewną. Napiszmy je jednak bez znaku zapytania. „Sprzątanie nowej dyrekcji po poprzedniku. Poważne finansowe turbulencji, które nie pozwalają na normalny program ekspozycyjny.” Przecież muzea na całym świecie są w dramatycznej sytuacji ekonomicznej, to dlaczego w Polsce ma być inaczej? A może Muzeum Narodowe w Warszawie wcale nie jest śpiącą królewną? Może warto zajrzeć na jego kanał YouTube, gdzie bardzo szybko po zamknięciu bramy, zaczęły pojawiać się nowe wideo i od tego czasu jest ich już prawie 50. Muzeum też słabo chwali się tym, że jako jedno z pierwszych wprowadziło lekcje online. I nawet nie mam pretensji, że się tym nie umie pochwalić, bo tutaj znowu powraca nam Jerzy Miziołek i zgliszcza, które zostawił. Szczególnie w działach zajmujących się promocją, gdzie na odbudowę nie wystarcza pół roku. Łatwo się niszczy, trudniej buduje. Z przyjemnością mogę napisać, że zrealizowano już ponad 850 lekcji w okresie epidemii, w tym spotkania online dla szkół w Nowym Jorku i Australii. A co najważniejsze są to zajęcia darmowe! To jest realne wsparcie naszego systemu edukacji. Tak właśnie powinny zachowywać się instytucje publiczne kultury w tak trudnym czasie. Na początku dość ogólnikowo pisałem o skutkach jakie będzie miała pandemia na różne aspekty życia. To są konkrety. Musimy zmienić nasze myślenie o muzealnictwie, bo może się okazać, że nie jest to ostatnia epidemia, z jaka będziemy mieli do czynienia. Oczywiście, że też bym chciał jak najszybciej wrócić do zwiedzania realnych sal wystawowych. Nic nie zastąpi kontaktu z dziełami sztuki. Jednak dotychczasowa sytuacja pokazała nam, że muzea musza się przystosować do nowych warunków. Widzimy wyraźnie, że poprzez rzeczywistość online z kulturą też można obcować, że może przynosić nam to satysfakcję, różnego rodzaju emocje i wiedzę. Do tej pory w pełni tego nie docenialiśmy, a teraz jesteśmy do tego zmuszeni. Już słychać głosy w środowisku muzealników na świecie, że po epidemii trudno będzie w pełni wrócić do systemu wielkich wystaw, które jedna po drugiej były otwierane w światowych stolicach. Że nadchodzi czas wystaw korzystających z własnych zbiorów. Że nadchodzi czas muzeów, które potrafią się komunikować ze swoimi widzami na różnych płaszczyznach. W takim kontekście Muzeum Narodowe w Warszawie trudno nazwać śpiącą królewną. Skromny program wystaw i ich przesunięcia interpretuję jako wyraz rozsądku obecnej dyrekcji. To cecha, która ostatnio rzadko była widywana u włodarzy stołecznej placówki. Jeżeli mam rację, to dobrze by było, aby Łukasz Gaweł nie był tylko pełniącym obowiązki dyrektora. Zgodnie z zasadami taki stan rzeczy może trwać do grudnia tego roku. Trudno jest znaleźć rozsądnego i kompetentnego szefa dla tak skomplikowanwej placówki. Więc może warto go nie zmieniać. Wtedy jest szansa, że za dwa, trzy lata pójdziemy na porządne wystawy w Muzeum Narodowym w Warszawie. Stabilność i rozsądek potrzebne są nie tylko w czasie pandemii.

Przemysław Głowacki (artdone)

Anna Bilińska-Bohdanowicz, Wizerunek własny (nieskończony) / Self-Portrait (unfinished), 1892, Muzeum Narodowe w Warszawie / National Museum in Warsaw