Tagi

,

por. galeria Tamara Łempicka w Muzeum Narodowym w Krakowie I, post Czy warto pojechać na Tamarę Łempicką do Konstancina?, post Czy warto pojechać na Tamarę Łempicką do Lublina?, galeria Tamara Łempicka w Muzeum Narodowym w Lublinie I

Łempicka, widok wystawy / exhibition view, Muzeum Narodowe w Krakowie, Kraków, foto: artdone

Czy warto pojechać na Tamarę Łempicką do Krakowa?

Bardzo długo nie można było w Polsce przygotować wystawy Tamary Łempickiej, a w 2022 roku mamy aż trzy takie prezentacje. Udało mi się napisać dwie recenzje – zakończonej już wystawy w Muzeum Narodowym w Lublinie (por. post Czy warto pojechać na Tamarę Łempicką do Lublina?) oraz trwającej jeszcze wystawy w Villi la Fleur w Konstancinie (por. post Czy warto pojechać na Tamarę Łempicką do Konstancina?). Prawie równolegle z tą drugą rozpoczęła się też wystawa w Muzeum Narodowym w Krakowie. Postanowiłem jak najszybciej doprowadzić do końca mają trylogię tekstów i dzisiaj zajmę się wystawą krakowską. Kiedy pisałem pierwszą recenzję o wystawie lubelskiej tytuł wynikał z bardzo praktycznych powodów. Wyjazd do Lublina, dla większości z nas, był sporą wyprawą. Do Konstancina warszawiacy mają bliżej, więc przy drugim tekście pytanie stało się trochę bardziej retoryczne. Nie spodziewałem się jednak, że przy pisaniu trzeciej recenzji tytułowe pytanie stanie się znowu tak aktualne. Otóż odpowiedź na nie brzmi – nie, nie warto jechać do Krakowa dla wystawy Tamary Łempickiej. Ale jak to?! Zakrzykną wszyscy, którzy już na niej byli, odstali swoje w kolejce i zachwycają się nią niepomiernie, czego przykłady można licznie zobaczyć w mediach społecznościowych. Od razu muszę zaznaczyć, że nie odnoszę się do twórczości Tamary Łempickiej, tylko do sposobu w jaki została zaprezentowana. Postaram się uzasadnić moją negatywną opinię, aby to zrobić musimy sporo elementów wystawy przeanalizować. Pamiętam, że kiedy jechałem do Lublina miałem dużo wątpliwości, czy wystawa będzie ciekawa, czy będzie na niej wystarczająca liczba prac? Opisałem te rozterki w pierwszej recenzji. Ale byłem miło zaskoczony, potem miałem podobnie pozytywne wrażenia z Villi la Fleur. Moja czujność została uśpiona. Przede wszystkim wystawa krakowska zanim się dobrze zaczyna, to już się kończy. Ma się wrażenie – ale zaraz, to tylko tyle, gdzie jest reszta? Jednak nie tylko o liczbę prac tutaj chodzi. Odsłony w Lublinie i Konstancinie wybroniły się koncepcją kuratorską, atrakcyjnością dodatkowych eksponatów, kontekstami. Wystawa krakowska niestety się nie broni, co więcej jest bardzo niepokojącym sygnałem i dobrze by było, abyśmy w przyszłości podobnie przygotowywanych wystaw nie oglądali.

Ale po kolei, zacznijmy od tego, co można zobaczyć w Muzeum Narodowym w Krakowie. Podstawą wystawy są obrazy wypożyczone z muzeów francuskich, które można już było obejrzeć w Lublinie. Do tego jest kilka dzieł sprowadzonych specjalnie do Krakowa. Więc może jednak udało się z nich złożyć ciekawą całość? Zaczyna się całkiem dobrze od dwóch rozpoznawalnych obrazów – „Dziewczyny w zieleni” i „Saint-Moritz”. Ten drugi trafił w okresie międzywojennym na okładkę pisma „Die Dame”, jest więc jednym z popularniejszych obrazów artystki. Następnie mamy dodatkową pracę, czyli „Blask (Bachantka)” wypożyczoną z kolekcji Rowlanda Weinsteina, prowadzącego znaną galerię w San Francisco. Obraz zmienił właściciela dwa lata temu na aukcji w Sotheby’s za cenę 3 mln 400 tysięcy dolarów. Namalowany został w 1932 roku, a więc pochodzi ze „złotego okresu” Łempickiej, jest więc znaczącym uzupełnieniem wystawy. Co ciekawe pojawia się w katalogu firmowanym przez Villę la Fleur i Muzeum Narodowe w Lublinie, ale na tych wystawach się nie pojawił. Idąc dalej po wystawie pojawia się pierwszy zgrzyt, na własny użytek nazwę go „galerią miniatur”. Jest to 6 niewielkich obrazów, niektórymi nawet można się zachwycić, ale wprowadzającymi widza w błąd – nie takimi obrazami Łempicka zdobyła sławę. Wśród nich może umknąć kolejny dodatkowy obraz na wystawie – malutki „Portret młodej kobiety” z kolekcji prywatnej w Nowym Jorku. Ale potem mamy mocny punkt ekspozycji – trzy duże portrety, pierwszy przedstawia pierwszego męża Tamary Łempickiej, dwa następne to portrety ich córki Kizette. „Portret Tadeusza Łempickiego” oraz „Kizette na balkonie” to prace ze zbiorów paryskiego Centre Pompidou, które w 1976 roku podarowała sama artystka. „Kizette w różu” to obraz będący własnością Musée d’arts de Nantes zakupiony bardzo wcześnie, bo w 1928 roku. Nie ma już w Krakowie kolejnego wizerunku córki artystki, czyli „Pierwszej komunii”, który na wystawie lubelskiej doskonale dopełniał pozostałe portrety Kizette. Gdyby jeszcze kilka takich obrazów pojawiło się na wystawie, to być może moja opinia o niej byłaby inna. Niestety, nie za bardzo jest o czym dalej (pozytywnie) pisać. Jest jeszcze jeden dobry moment ekspozycji złożony z obrazów, których w Lublinie nie było. To dodanie trzech aktów, ważne uzupełnienie, bo tego wątku na pierwszej wystawie brakowało. W Konstancinie został on wypełniony sprowadzeniem „Portretu Suzy Solidor” z Cagnes-sur-Mer. W Krakowie mamy „Piękną Rafaelę” z kolekcji Tima Rice (tak! To ten od „Evity”), „Sen (Rafaela na zielonym tle)” z prywatnej kolekcji w Nowym Jorku oraz „Modelkę II” z Blanton Museum of Art w Teksasie. To jasny punkt wystawy, bo akty stanowiły ważny rozdział w twórczości Łempickiej. Niestety obrazy są powieszone lekko z boku i mam wrażenie, że wielu zwiedzających nie zwraca na nie należytej uwagi. I tu niestety jasne punkty się kończą. Sprowadzona z tegoż samego teksańskiego muzeum „Martwa natura z owocami i drapowanym jedwabiem” jest całkiem imponującym dziełem, ale już „Kwiat w wazonie” z prywatnej kolekcji w Warszawie – którego też nie było w Lublinie – wygląd dość mizernie. Są jeszcze obrazy ciekawe (np. „Uchodźcy” i „Ucieczka [Gdzieś w Europie]”) lub ważne („Matka przełożona”), które można już było zobaczyć w Lublinie. W efekcie jednak nie tylko nie mamy pełnego obrazu malarskiej twórczości Tamary Łempickiej, ale wręcz jest to obraz zafałszowany. Nie mamy analizy jej ciekawych początków w pierwszej połowie lat dwudziestych, co w różny sposób, ale całkiem udatnie udało się w Lublinie i Konstancinie. W Krakowie jeden „Chińczyk” z 1921 roku niewiele daje. Jeżeli chodzi o późną twórczość mamy większy wybór dzieł. Tutaj z pomocą przyszły zbiory Tamara de Lempicka Estate LLC, skąd pochodzi 6 z 7 prezentowanych obrazów powstałym od lat 50-tych. Dają one dobre pojęcie o chęci jej eksperymentowania w tamtym okresie. Zastrzeżenia mam do prezentacji prac, które oglądamy w korytarzyku po wyjściu z głównej sali ekspozycyjnej. To prawda, że te obrazy różnią się od wcześniejszych dokonań malarki, ale takie ich umiejscowienie odcina je i w jakiś sposób deprecjonuje. A właśnie jest to obszar, który zasługuje na docenienie i jest częścią atrakcyjną dla publiczności. Dosyć często słyszę głosy zwiedzających, że nie mieli pojęcia o takich pracach Łempickiej i że było to dla nich ciekawe. Zamiast integralnej części prezentacji dostajemy doklejony dodatek.

Wystawa zatytułowana jest „Łempicka”, co sugeruje, że mamy do czynienia z dużym przeglądem całości twórczości. Taki jest niepisany zwyczaj, jeżeli użyte jest tylko nazwisko, to za tym powinna się kryć porządna retrospektywa. Tak jest w przypadku aktualnej wystawy „Cézanne” w Tate Modern (por. galeria Paul Cézanne. Zorganizowany chaos I) czy niedawnej wystawy „Rafael” w Galerii Narodowej też w Londynie (por. galeria Rafael Santi 500 NGL I). Jak widać krakowscy kuratorzy tej zasady nie znają. 33 obrazy to za mało, aby ułożyć z nich pełną retrospektywę artystki, szczególnie jeżeli jest wśród nich mało dzieł dla niej typowych. Jednak widywałem już nie raz wystawy z dużo mniejszą liczbą dzieł, które mnie zachwycały. Mistrzami takich wystaw są londyńska Galeria Courtaulda dysponująca dwiema niewielkimi salami wystaw czasowych czy paryskie Musée Jacquemart-André z niewiele większą przestrzenią. Tamtejsze wystawy zachwycają, bo mają myśl przewodnią, są świetnie przygotowane, prezentowane prace są starannie wyselekcjonowane, zazwyczaj najwyższej klasy, uzupełnione bogatym katalogiem. W Polsce nie ma ciągle możliwości sprowadzania dzieł najwyższej jakości na podobną skalę (przyczyny tego to szersze zagadnienie). Wydaje się, że organizatorzy krakowskiej wystawy opierali się na materiale, który dało się zdobyć, mieli niewielkie możliwości jego wyboru. Równolegle odbywająca się w Villi le Fleur wystawa dodatkowo ten materiał uszczupliła. W efekcie nie starczyło na pełnokrwistą opowieść o Łempickiej. Ale są metody, aby temu zaradzić, wykorzystali je kuratorzy w Lublinie i Konstancinie. Mówię o dodatkowych dziełach, kontekstach, odpowiednim układzie i podziale, akcentowaniu pewnych zagadnień. Chociażby wyeksponowanie w Lublinie „Galerii martwych natur” jako tematu mniej znanego w twórczości Łempickiej. Albo nacisk na pamiątki rodzinne i oryginalne zdjęcia w Konstancinie. W Krakowie dzieła są powieszone jakoś tam tematycznie, ale nic z tego nie wynika. Jedynym ciekawszym momentem jest porównanie dwóch podobnych aktów, do których pozowała ulubiona modelka artystki Rafaela. Obecne w Lublinie zestawienie trzech portretów Kizette tutaj już nie zaistniało.

Ale może są jakieś plusy wystawy w Muzeum Narodowym w Krakowie? Na szczęście są i być może to właśnie dzięki nim jest ona tak pozytywnie odbierana. Przede wszystkim wielkie brawa za scenografię, dawno nie widziałem tak wysmakowanej, eleganckiej i dopasowanej do zawartości oprawy ekspozycji. Obrazy są podkreślone punktowym światłem i wyodrębnione kontrastowo na czarnych ścianach. Przez całą długość głównej sali mamy rodzaj zasłony z frędzelków, która nie zabiera przestrzeni tylko ją organizuje i do tego wprowadza klimat, który skojarzyć się może z nocnymi lokalami Paryża okresu międzywojennego. Podpisy są wystarczająco duże, przy niektórych obrazach są dodatkowe komentarze, ani za długie ani za krótkie. Co jakiś czas mamy cytaty dotyczące twórczości artystki urozmaicające ekspozycję. Zdarzyły się też drobne wpadki. We wspomnianym wcześniej korytarzyku z późnymi pracami dwa wprowadzające komentarze są napisane zbyt małą czcionką. W trzeciej przestrzeni wielkie powiększenie zdjęcia z paryskim apartamentem Łempickiej jest słabo widoczne zza ściany frędzelków. Ale to są drobiazgi. Oprawa wizualna wystawy jest świetna. To co lekko niedomagało na dwóch pozostałych wystawach, tutaj jest na najwyższym poziomie.

Czy poza obrazami na wystawie Tamary Łempickiej można zobaczyć coś jeszcze? W Lublinie i Konstancinie to właśnie takie elementy przyczyniły się do atrakcyjności ekspozycji. W Krakowie bardzo udanym zabiegiem jest umieszczenie na samym środku głównej sali skrzynki z farbami, która należała do artystki. Tym samym staje się ona sercem wystawy. Mamy też urywki filmów archiwalnych, na których pojawia się Tamara Łempicka. To atrakcyjny dodatek, ale słabo zintegrowany z całością. Do tego mamy słuchawki, w których można posłuchać Wagnera i… Julio Iglesias. Jako jej ulubionych artystów muzycznych. Którą piosenkę Iglesiasa? Tak! Zgadliście. „Vincent (Starry Starry Night)”. Szkoda tylko, że słynny piosenkarz hiszpański wydał ją w 1990 roku, czyli 10 lat (sic!) po śmierci Łempickiej. Gdybym oglądał lepszą wystawę, może i z ochotą obu utworów bym posłuchał. Tutaj wygląda to na zwyczajne zapychanie pustki. Wspomniałem już o trzech pomieszczeniach, w których mieści się wystawa. Pierwsze to duża sala, gdzie oglądamy większość obrazów, drugie to korytarzyk z późnymi pracami. Przejdźmy teraz do trzeciego. Obok wielkiego zdjęcia apartamentu Łempickiej mamy krótki film „Piękna nowoczesna pracownia” z 1932 roku z jej udziałem. Ten sam można oglądać teraz w Konstancinie. Tylko w Villi la Fleur zajmuje on centralne miejsce, widzimy go zaraz po wejściu na wystawę. Jest jasnym sygnałem umiejętności autopromocji malarki, potem ten wątek jest rozwijany w czasie dalszego zwiedzania. A w Krakowie wygląda jakby był doklejonym dodatkiem. Głównym elementem trzeciego pomieszczenia, są zdjęcia przedstawiające artystkę w postaci długiego light boxu. Innymi słowy są to podświetlone reprodukcje jej zdjęć. Wygląda to atrakcyjnie, ale taki zabieg musi być stosowany w muzeum z umiarem. W Lublinie i Konstancinie jedno, późne zdjęcie artystki tak właśnie było zaakcentowane. Sprawdziło się to jako urozmaicenie ekspozycji oraz jako dopełnienie dla jej późnej twórczości. W Krakowie jest to główna część ostatniego pomieszczenia. I znowu. Gdyby reszta wystawy była lepsza, to może bym te reprodukcje jakoś przełknął. Ale tutaj jest to ewidentne wymyślanie atrakcji, aby widz nie zauważył, że przepłacił za bilet. Choć muszę przyznać, że zdjęcia mają ciekawy merytorycznie komentarz. W tym ostatnim pomieszczeniu mamy tylko jedno oryginalne dzieło Łempickiej, niedokończony obraz z 1953 roku zatytułowany „Babcia”. Wypożyczony został przez Tamara de Lempicka Estate LLC i nie był prezentowany w Lublinie. Patrząc na jego wartość artystyczną jest ona raczej mizerna, ale z sentymentalnego punktu widzenia ma on ogromne znaczenie. To powrót do wspomnień z dzieciństwa, do pierwszych podróży, kiedy to babka zasiała w Tamarze uwielbienie dla sztuki. Co ten niewielki obraz robi w tej ostatniej sali jest dla mnie tajemnicą. Ktoś o nim zapomniał i już nie było miejsca gdzie indziej? Zresztą jest tak powieszony, że i tak mało kto go zauważy.

Nie mam racji mówiąc, że trzecie pomieszczenie ze zdjęciami i jednym obrazem jest na wystawie ostatnie. Ku naszemu zaskoczeniu wchodzimy następnie do przestrzeni, która zaaranżowana jest na prawdziwie światowym poziomie. Tak jakbyśmy obejrzeli właśnie wielką wystawę w Tate Modern czy Centre Pompidou. Wchodzimy do specjalnie przygotowanego sklepiku. Żeby nie było wątpliwości – sam uwielbiam tego typu sklepy. Uważam, że są potrzebne, że są integralną częścią muzealnej wizyty.. Zazwyczaj szukam w nich katalogów i innych książek. Niestety katalogu do wystawy „Łempicka” w Muzeum Narodowym w Krakowie nie znajdę. Nigdy go nie było i nie jest planowany. Wydana została broszurka licząca 16 stron, ale jej też nie ma. Co więcej musiała się skończyć bardzo szybko, bo już od dość dawna prosiłem znajomych jadących do Krakowa o jej zakup, ale już nie było. Jest to sytuacja żenująca, że do wystawy, która ściąga tłumy i jest uhonorowaniem jednej z najpopularniejszych na świecie polskich artystek (a może i najpopularniejszej) Muzeum Narodowe nie jest w stanie wydać katalogu. Co więcej nie ma też w sprzedaży katalogu wydanego do wystaw w Lublinie i Konstancinie, choć duża część obrazów się powtarza. W takim razie co można kupić w sklepiku stworzonym specjalnie na wystawę Tamary Łempickiej? Można kupić przeróżne gadżety z reprodukcjami dzieł artystki (z których wielu nie ma na wystawie). Jest bardzo dużo oryginalnych produktów sygnowanych przez Tamara de Lempicka Estate LLC, a także te przygotowane specjalnie na wystawę z umieszczonym obok logo Muzeum Narodowego w Krakowie. Można kupić parasolkę, torbę, jedwabną apaszkę, szal z polisterowego muślinu, wisiorek, skarpetki, etui na okulary, notesik i wiele innych produktów. Można kupić kubek z Ćmielowa za 129 złotych oraz zeszyt do kolorowania za 29.90 zł. Ten ostatni wydany przez wydawnictwo Bosz, którego można kupić więcej publikacji. Album o Łempickiej tegoż wydawnictwa dostępny jest w wersji polskiej i angielskiej – czyli tak jak być powinien wydany katalog do wystawy. Są też pomniejsze albumiki, a także reprodukcje obrazów. W ostatnim czasie ukazało się bardzo dużo książek poświęconych Tamarze Łempickiej, ale kiedy zwiedzałem wystawę ani jednej (poza wydawnictwem Bosz) nie było w sklepiku przy wystawie. W ogólnym sklepie muzealnym na parterze odnalazłem tylko dwie takie książki. Proszę mnie dobrze zrozumieć, nie mam nic przeciwko temu, że Tamara de Lempicka Estate LLC licencjonuje produkty, a wydawnictwo Bosz publikuje wiele albumów o sztuce. Szkoda tylko, że Muzeum Narodowe w Krakowie nie było w stanie sprowadzić dzieł, które by w pełni pokazały karierę artystki, nie było w stanie wydać katalogu, ale jest w stanie zapewnić tak bogaty asortyment pamiątek z wystawy. Najbardziej kuriozalną „pamiątką”, z którą można wyjść z owego sklepiku to reprodukcja naśladująca prawdziwy obraz Łempickiej. Kiedy byłem w Krakowie można już było kupić tylko jeden wzór (podobno wcześniej były inne, ale już się sprzedały). Pozostał „Portret Marjorie Ferry”, o którym wspominałem w poprzedniej recenzji (por. post Czy warto pojechać na Tamarę Łempicką do Konstancina?). Niedawno oryginał został zakupiony za 16 mln funtów brytyjskich, a tutaj można mieć obraz za mniej niż 400 zł. Interes życia – prawie kupiłem! A poważnie. Wiadomo, że muzea chętnie zarabiają na sprzedaży reprodukcji, zazwyczaj w formie plakatów. I to jest w porządku. Ale nigdy nie powinny sprzedawać ich pod postacią obrazów. Taka logiczna zasada, niestety nie jest ona znana w Krakowie.

Pozostały jeszcze dwa elementy wystawy, o których trzeba wspomnieć. Wychodząc ze sklepiku napotykamy Tamarę wyciętą z kartonu na tle pracowni. Jak mniemam to miejsce, gdzie można sobie zrobić zdjęcie z artystką. I tylko nie zapomnijcie go wrzucić na Instagrama! Prawie obowiązkowym elementem ważnych wystaw na Zachodzie są prezentacje filmów o twórczości artysty/artystki lub o samej wystawie. W Polsce dużo rzadziej się to zdarza, to dodatkowe koszty, trzeba mieć licencję, albo nie daj Boże samemu nakręcić. Jednak przy wystawie Łempickiej film się pojawia, w holu przy wejściu, na dużym ekranie. To może okazja, aby poznać lepiej artystę jednak będzie? Jakieś 15-20 minut ciekawego materiału byłoby standardem. Otóż na owym ekranie można zobaczyć zwiastun filmu przygotowywanego przez Tamara de Lempicka Estate LLC. I nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie to, że ów zwiastun trwa… półtorej minuty, a można go znaleźć bez problemu w internecie na stronie dedykowanej temu projektowi. Taki to ekskluzywny materiał mamy w Muzeum Narodowym w Krakowie. Nie muszę pisać, ile pogłębionych informacji można dzięki niemu zdobyć.

Myślę, że już wystarczająco udowodniłem, że aktualna wystawa Tamary Łempickiej w Muzeum Narodowym w Krakowie jest źle przygotowana, a jej braki próbowano nadrobić działaniami promocyjnymi i marketingowymi. Dla ciekawości sprawdziłem co oznacza słowo marketing i natrafiłem na takie zdanie: „Dobrze rozumiany marketing to nie zestaw trików i działań doraźnych, lecz przemyślana strategia i wynikająca z niej taktyka działania (…)” (P. Waniowski, D. Sobotkiewicz, M. Daszkiewicz „Marketing. Teoria i przykłady” Warszawa 2014, str. 9). Być może w tym przypadku strategia była przemyślana, ale składała się z tricków, które mają nas przekonać, że finalny produkt jest świetny. Na stronie muzeum czytamy: „Prezentujemy na niej niemal czterdzieści obrazów pochodzących z muzeów i zbiorów prywatnych w Europie i USA”. No nie! 33 obrazy to nie jest „niemal 40”. Ktoś tutaj słabo umie liczyć lub po prostu oszukuje publiczność. Trzeba jeszcze dodać, że bilet normalny na wystawę kosztuje 40 zł, a to nie jest już kwota drobna. Nawet na wystawę Łempickiej w Villi la Fleur – w prywatnym muzeum – bilet jest o 10 zł tańszy. To coraz bardziej niepokojący trend w polskich muzeach dotowanych z pieniędzy publicznych, że ceny biletów tak szybko wzrastają, a przy tym można mieć wątpliwości, czy ich wysokość jest adekwatna do otrzymywanego „produktu”. Gdybym był studentem i miał wydać 30 zł (to cena biletu ulgowego), to bym się nad tym poważnie zastanowił. Zazwyczaj bilet na wystawę czasową w Muzeum Narodowym w Krakowie kosztuje normalny 28 złotych, a ulgowy 18 zł. I to brzmi dużo bardziej przystępnie dla kieszeni Polaków. Rozumiem, że i tak jest to wystawa droga, wypożyczenia z zagranicy, ubezpieczenia itp., trzeba to jakoś nadrobić. Jednak takie podniesienie ceny biletu wygląda na nieuzasadnione wyciskanie pieniędzy z widzów. Bo niestety jest to wystawa słabo przygotowana, która odbiega od standardów, które powinno reprezentować Muzeum Narodowe w Krakowie. A trzeba przyznać zazwyczaj reprezentuje. Wystarczy zejść piętro niżej i zobaczyć wystawę „Nowy początek. Modernizm w II Rzeczpospolitej”, świetnie przygotowaną i przemyślaną, z odpowiednim katalogiem. Niestety zdarzają się też w MNK wystawy, które budzą mój niepokój np. niedawna wystawa Jacka Malczewskiego (por. galeria Romantyczny Jacek Malczewski w Krakowie I). Choć wystawa była imponująca pod względem liczby prac, to miałem wrażenie, że koncepcja pozostawiała wiele do życzenia. A katalog był – delikatnie mówiąc – bardziej albumem niż publikacją, która zgodna by była z muzealnymi wymogami. A przecież temat spuścizny romantycznej w twórczości Jacka Malczewskiego to zagadnienie fascynujące. Niestety nie tylko nie zostało ono wykorzystane przez kuratorów MNK, to jeszcze spalili oni temat na długi czas. Miejmy nadzieję, że ta tendencja robienia wystaw na szybko w krakowskim muzeum się nie utrzyma. Jednak jest to symptom szerszego, mocno niepokojącego zjawiska w dużych polskich muzeach. To robienie wystaw chwytliwych, przyciągających znanymi nazwiskami, ale oferujących bardzo niewiele, za to wypromowanych z rozmachem. Zjawisko jest bardzo smutne, bo pozostawia polską publiczność w przekonaniu, że tak właśnie wyglądają wystawy. Potem jesteśmy zdziwienie, kiedy jedziemy za granicę i okazuje się, że jednak można wystawę przygotować inaczej. Pamiętam, kiedy oglądałem wystawę Tamary Łempickiej w Palazzo Reale w Mediolanie w 2006 roku. Było to moje pierwsze zetknięcie się z jej twórczością w takim wyborze i zrobiło na mnie duże wrażenie. W obrazach Łempickiej zawarty jest pewien paradoks. Wydaje się, że świetnie się reprodukują, w albumach wyglądają zjawiskowo. Jednak kiedy oglądamy je na żywo, mimo swojej gładkiej faktury, robią jeszcze większe wrażenie. Szkoda, że publiczność wystawy w Krakowie nie ma możliwości doświadczyć tego przeżycia na większej liczbie obrazów. Sytuacja, kiedy organizowane są trzy wystawy, a po pierwszej obiekty rozjeżdżają się w dwóch różnych kierunkach jest kuriozalna, nie ma nic wspólnego ze światowymi zwyczajami. Mam wrażenie, że Muzeum Narodowe w Krakowie „dokleiło się” na siłę do tego projektu. W takim doklejaniu się nie ma zresztą nic złego, pod warunkiem, że efekt jest zadowalający. Często muzea prezentują tę samą wystawę. Tak było w przypadku niedawnej wystawy Vilhelma Hammershøia (por. galeria Vilhelm Hammershøi. Światło i cisza I) przygotowanej przez Muzeum Narodowe w Poznaniu (por. galeria Vilhelm Hammershøi w Poznaniu I), a potem prezentowanej w Krakowie. Choć odsłony krakowskiej nie udało mi się zobaczyć, to wierzę, że była ona równie świetna jak ta w Poznaniu, bo trudno było zepsuć tak dobrze przygotowany materiał. Z Łempicką już się ten zabieg według mnie nie udał, mimo aplauzu publiczności, rwetesu medialnego i frekwencyjnego sukcesu. Znaczącym jest, że moi znajomi, którzy odwiedzili już Kraków, a byli wcześniej w Lublinie lub Konstancinie relacjonują mi, że wystawy ciekawe, ale ta w Krakowie najmniej. Czy odradzam wizytę w Muzeum Narodowym w Krakowie? Oczywiście, że nie. Napisałem na początku, że nie warto dla wystawy Tamary Łempickiej jechać do Krakowa. Jednak dla jej obrazów warto, nawet jeżeli jest ich za mało. Jest kilka dzieł, które są kanonem jej twórczości i nawet dla nich warto wystawę zobaczyć. Kolejna na pewno w najbliższym czasie w Polsce się nie zdarzy. Szczególnie osoby, które nie były na wystawie w Lublinie powinny się wybrać i wyrobić sobie własne zdanie. Liczę, że wielbiciele twórczości Tamary Łempickiej i tak będą zachwyceni. Boję się jednak, że tych nieprzekonanych akurat ta wystawa nie ma szansy przekonać.

Przemysław Głowacki (artdone)

Tamara Łempicka. Kobieta w podróży / Tamara de Lempicka. A Woman on a Journey – 18.03.2022-14.08.2022 – Muzeum Narodowe w Lublinie, Lublin (recenzja wystawy: post Czy warto pojechać na Tamarę Łempicką do Lublina?)

…………………………

Tamara Łempicka a art déco Tamara de Lemipcka and Art Deco – 17.09.2022-17.12.2022 – Villa la Fleur, Konstancin-Jeziorna (recenzja wystawy: post Czy warto pojechać na Tamarę Łempicką do Konstancina?)

Łempicka – 09.09.2022-12.03.2023 – Muzeum Narodowe w Krakowie, Gmach Główny, Kraków / Cracow (recenzja wystawy: post Czy warto pojechać na Tamarę Łempicką do Krakowa?)

Łempicka, sklepik muzealny / exhibition gift shop, 2022, Muzeum Narodowe w Krakowie, Kraków, foto: artdone